25.09.2024, 14:18 ✶
– Siekierę i śmieci w takim razie później zabieram jako dowody w sprawie – poinformowała z poważną miną. Siekiera zaiste mogła być dowodem w sprawie, ale też przede wszystkim była jakże przydatnymi akcesoriami dla Brenny przy przyjrzeniu się drwalom, zasadzającymi się na drzewa Greengrassów. – Rysopis, panie Greengrass. Wszystko, co pańska pamięć zdołała odnotować na temat ludzi, których pan widział – powiedziała gładko, spoglądając na niego wyczekująco, gotowa odnotować szczegóły. Nie liczyła na naprawdę wiele, większość ludzi po prostu nie współpracowała na co dzień z bumowym rysownikiem ani nie uczyli się zmieniać twarzy, więc nie zwracali uwagi na takie szczegóły, jak choćby struktura kostna. Ale jakiekolwiek wskazówki, cechy charakterystyczne, mogły się w przyszłości przydać.
Zamilkła na chwilę, czekając na ewentualnie opisy, czy szczegółowe, czy ubogie, gotowa zapełnić nimi swój notatnik. Potem będzie potrzeba zapewne dodatkowego przesłuchania ze wszystkimi druczkami i podpisami, ale w tej chwili potrzebowała jakichś podstaw, ot dla zorientowania się w sytuacji.
– Daleko. Pięć minut wystarczy. Ale tym możemy zająć się na końcu i bez obaw, najpierw upewnimy się, że w pobliżu nikogo nie ma – stwierdziła. Nie wierzyła, że tutaj gdzieś tkwili, najwyraźniej uprawiali partyzantkę leśną, ale i tak zamierzała przecież najpierw sprawdzić ślady i zobaczyć, czy się stąd teleportowali, czy też odeszli na własnych nogach i gdzieś w pobliżu mieli obozowisko. Obie wersje były równie prawdopodobne, bo kiedy się rozejrzała, dostrzegła, że śladów było całkiem sporo i biegły w stronę lasu – jeśli nawet stąd znikli, to do sekwoi zakradli się już z samego lasu. Urywały się nagle, ale równie dobrze mogli się deportować, jak po prostu usunąć ślady zaklęciami, by zmylić pogoń. Jeśli jakimś cudem jednak kręciliby się na granicy lasu, czekając aż Ambroise i Brenna sobie pójdą (głupota, ale przecież wycinali K n i e j ę), to nie było bata, żeby nie udało się ich wywęszyć. – Będzie później potrzeba pełnej listy… hm, strat. Poza panem, rozumiem, nikogo tutaj nie było? Przepraszam na chwilę.
Notatnik został wsunięty do kieszeni, podobnie jak ołówek, a Brenna pochyliła się nad pozostałościami pnia i jej ciało w ułamku sekundy odmieniło się: na trawę opadły wilcze łapy. O ile bardzo pilnowała, by nadmiernie nie poszerzać grona osób, które wiedzą, że jest widmowidzem, tak w przypadku animagii nie miało to żadnego znaczenia – i tak jej nazwisko figurowało w odpowiednich rejestrach.
Zaczęła węszyć wokół pnia, a potem przesunęła z nosem przy trawie w stronę drzew. Ambroise miał rację, było ich kilkoro, od trzech do pięciu, zapachy nadmiernie zmieszały się, aby mogła być pewna, ale dzięki temu trop pozostawał charakterystyczny. Nie więcej niż dwie godziny temu się stąd ulotnili i dobrze – dzięki temu wszystko nie zdążyło się ulotnić.
Zamilkła na chwilę, czekając na ewentualnie opisy, czy szczegółowe, czy ubogie, gotowa zapełnić nimi swój notatnik. Potem będzie potrzeba zapewne dodatkowego przesłuchania ze wszystkimi druczkami i podpisami, ale w tej chwili potrzebowała jakichś podstaw, ot dla zorientowania się w sytuacji.
– Daleko. Pięć minut wystarczy. Ale tym możemy zająć się na końcu i bez obaw, najpierw upewnimy się, że w pobliżu nikogo nie ma – stwierdziła. Nie wierzyła, że tutaj gdzieś tkwili, najwyraźniej uprawiali partyzantkę leśną, ale i tak zamierzała przecież najpierw sprawdzić ślady i zobaczyć, czy się stąd teleportowali, czy też odeszli na własnych nogach i gdzieś w pobliżu mieli obozowisko. Obie wersje były równie prawdopodobne, bo kiedy się rozejrzała, dostrzegła, że śladów było całkiem sporo i biegły w stronę lasu – jeśli nawet stąd znikli, to do sekwoi zakradli się już z samego lasu. Urywały się nagle, ale równie dobrze mogli się deportować, jak po prostu usunąć ślady zaklęciami, by zmylić pogoń. Jeśli jakimś cudem jednak kręciliby się na granicy lasu, czekając aż Ambroise i Brenna sobie pójdą (głupota, ale przecież wycinali K n i e j ę), to nie było bata, żeby nie udało się ich wywęszyć. – Będzie później potrzeba pełnej listy… hm, strat. Poza panem, rozumiem, nikogo tutaj nie było? Przepraszam na chwilę.
Notatnik został wsunięty do kieszeni, podobnie jak ołówek, a Brenna pochyliła się nad pozostałościami pnia i jej ciało w ułamku sekundy odmieniło się: na trawę opadły wilcze łapy. O ile bardzo pilnowała, by nadmiernie nie poszerzać grona osób, które wiedzą, że jest widmowidzem, tak w przypadku animagii nie miało to żadnego znaczenia – i tak jej nazwisko figurowało w odpowiednich rejestrach.
Zaczęła węszyć wokół pnia, a potem przesunęła z nosem przy trawie w stronę drzew. Ambroise miał rację, było ich kilkoro, od trzech do pięciu, zapachy nadmiernie zmieszały się, aby mogła być pewna, ale dzięki temu trop pozostawał charakterystyczny. Nie więcej niż dwie godziny temu się stąd ulotnili i dobrze – dzięki temu wszystko nie zdążyło się ulotnić.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.