25.09.2024, 18:56 ✶
Naturalne światło nie dochodziło do otchłani podziemnych ścieżek, a chmura smogu wisiała dzisiaj nad Nokturnem, przesłaniając niebo i gwiazdy, ale przecież nie każdy kąt dzielnicy spowijały ciemności. Główna ulica jaśniała, skąpana w ciepłym blasku rozmigotanych latarni, kusiła nęcącą łuną otwartych na oścież drzwi lupanarów, karczm, kasyn, klubów i innych przybytków wątpliwej reputacji, ociekając czerwoną poświatą okien – rozchylonych zalotnie niczym usta kobiet trudniących się nierządem – okien, za którymi przemykały sylwetki tajemniczych postaci opromienionych nikłym światłem lichtarzy i przygasłych lamp naftowych. Teatr światłocieni z orkiestronem rozbłyskującym płomieniami kuglarzy przedstawiających swe ogniste sztuczki, paleniskami prowizorycznych eliksirowarów i ulicznych garkuchni, hipnotyzujący przybyłych kakofonią zepsucia. Nokturn nie rozbrzmiewał dźwiękami nokturnów Chopina, jak żartobliwie wmawiała Baldwinowi, kiedy oboje byli jeszcze dziećmi: nocami śpiewał pieśń slumsów – dziką, gwałtowną – pełną głośnych pokrzykiwań i pijackich inwokacji przetykanych śmiechem. Jakże nienawidziła tego miejsca. Jakże je kochała. Nawet łoskot, z jakim wyrzucone z okna na piętrze pianino poszło w drzazgi wydawał się być nieodzowną częścią nocnej serenady, a jękliwy akompaniament strun wybijający się dysonansowo spośród nawoływań handlarzy i stręczycieli na proscenium, harmonizował z płynącym z oddali czystym, męskim głosem, który – przepełniony chryplawą tęsknotą – śpiewał smutną szantę. Śpiewał o miłości do kobiety – do morza – do kobiety zmiennej niczym samo morze. Równie gwałtownej, pomyślała, czując, jak Maeve napiera na nią ciałem, równie pięknej.
Maeve Chang była żywiołem. Nieokiełznanymi falami, których pierwotny gniew pieniacko zalewał teraz spokojną przystań otwartych ramion Lorraine. Sztormem drwiącym z rzuconej na dno kotwicy z chińskiego ciasteczka, przepowiadającego szczęście w miłości i interesach. Całą potęgą natury zaklętą w jednej kropli. Oczywiście, że było po Maeve widać złość: znała przecież jej nastroje tak jak żeglarze znali rytm przypływów i odpływów, uczyła manewrować pośród wiatrów i pasm ciszy, widziała burzowe chmury formujące się nad horyzontem.
Spuściła na chwilę oczy, mając wystarczająco dużo przyzwoitości, by przynajmniej udać zawstydzoną, kiedy imię Otto zawisło niewypowiedziane między nimi, choć wstydu nie czuła – już nie. Stała teraz na własnych nogach, pozwalając, by obojętność spowijała ją niczym druga skóra, choć jej harde serce znało pełną goryczy słodycz niewłaściwej miłości. Życie ostatnimi czasy wydawało się prostsze, bardziej stabilne. Kiedyś myślała, że Degenhardt jest jedyną osobą, która potrafi ją zrozumieć, bo był tak samo zepsuty jak i ona. Nie skrzywdził jej – czy to tak trudne do pojęcia, pomyślała, znużona – nie wykorzystał jej, nie porzucił, nie zostawił samej, nie, Lorraine była zepsuta zanim jeszcze Otto położył na niej dłonie. Nie zamierzała okłamywać Maeve, że niczego już do niego nie czuje – kiedyś okłamywała Atreusa i wciąż tego żałowała – ale nie zamierzała też pozwolić, by uczucia względem Degenhardta stały na przeszkodzie ich szczęściu. Nie chciała o nim teraz myśleć. Teraz była z Maeve, a to, co czuła do Maeve, było wyjątkowe – nie dało się tych uczuć porównać do tego, co kiedykolwiek czuła do kogokolwiek innego. Jesteś zazdrosna?, gotowa była wyszeptać uwodzicielsko nad uchem, pokaż mi, jak bardzo. Okrutna drwina nawet nie zdążyłaby wybrzmieć, bo zastąpiłaby ją zaraz wyzywającym “więc uważasz, że nie wiem, jak cię kochać?”, gniewnym “jak możesz myśleć, że kiedykolwiek przestanę?” i wreszcie, nieskończenie czułym, rozbrajającym “Maeve”, powtarzanym raz po raz – w każdej możliwej intonacji – dopóki to jedno słowo nie zastąpiło w jej ustach wszystkich pospolitych wyznań, jakie szeptali sobie kochankowie, wierząc, że ich miłość zapisana jest w gwiazdach, nie zaś na kartach sztuki, której zakończeniem jest śmierć.
Pozwoliła Maeve popchnąć się na barierkę balkonu, spokojna, uległa i absolutnie spełniona w swej uległości.
– Chcę tego, co ty – odpowiedziała z uwodzicielską manierą, choć na widok miny Maeve wyraźnie spoważniała, a filuterne rozbawienie ustąpiło miejsca powadze. Przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu przesuwało się uważnie po twarzy kobiety. Lorraine pozwoliła wybrzmieć ciszy, zanim udzieliła odpowiedzi wyważonym tonem, który tchnął niezmąconym spokojem. – Chcę być kochana i kochać. Chcę, żeby ten wieczór był dla ciebie wyjątkowy, moja słodka ptaszyno. – Pogłaskała ją czule po policzku. Dotyk był szczery. Dotykiem zawsze potrafiła wyrazić więcej niż słowami. – Nieważne, czy miałabym w tym celu zatańczyć na krawędzi balustrady, czy po prostu pozwolić zepchnąć się z tego balkonu. – Uśmiechnęła się delikatnie, choć nuta goryczy wkradła się w ten uśmiech. Zrób to, zdawały się mówić jej oczy, jarzące się w ciemności jak gwiazdy, zabij mnie, jeśli chcesz, nie będę się opierać. Schroniłaby się pod jej opiekuńczymi skrzydłami, kiedy obie pikowałyby w dół – Maeve tak łatwo nie wypuściłaby jej ze swoich szponów, przemknęło Lorraine przez głowę, kiedy przyglądała się, jak kobieta pozbywa się odprysków lakieru z palców – choć wiedziała, że ukochana w ostatniej chwili bezpiecznie wzleciałaby na swych skrzydłach ponad dachy kamienic, ratując się przed losem roztrzaskanego o bruk pianina, to gdyby Lorraine tak umarła, byłaby szczęśliwa: to byłaby dobra śmierć.
Najmniejsze z nokturńskich świateł zgasło, kiedy wypuściła z ręki wciąż jeszcze tlącego się papierosa, tylko po to, by móc objąć Maeve za szyję. To nie była Pokątna skąpana w świetle dnia, tylko Nokturn. Tutaj nie musiały się obawiać nieprzychylnych spojrzeń, ani tego, że kogoś zgorszą. Tutaj zajmowały honorowe miejsca na balkonie z widokiem na główną ulicę – niby na scenę teatru.
– Nie lubię, kiedy się kłócimy. – Chłód w głosie Lorraine pasował do jej skutych lodem oczu.
Maeve Chang była żywiołem. Nieokiełznanymi falami, których pierwotny gniew pieniacko zalewał teraz spokojną przystań otwartych ramion Lorraine. Sztormem drwiącym z rzuconej na dno kotwicy z chińskiego ciasteczka, przepowiadającego szczęście w miłości i interesach. Całą potęgą natury zaklętą w jednej kropli. Oczywiście, że było po Maeve widać złość: znała przecież jej nastroje tak jak żeglarze znali rytm przypływów i odpływów, uczyła manewrować pośród wiatrów i pasm ciszy, widziała burzowe chmury formujące się nad horyzontem.
Spuściła na chwilę oczy, mając wystarczająco dużo przyzwoitości, by przynajmniej udać zawstydzoną, kiedy imię Otto zawisło niewypowiedziane między nimi, choć wstydu nie czuła – już nie. Stała teraz na własnych nogach, pozwalając, by obojętność spowijała ją niczym druga skóra, choć jej harde serce znało pełną goryczy słodycz niewłaściwej miłości. Życie ostatnimi czasy wydawało się prostsze, bardziej stabilne. Kiedyś myślała, że Degenhardt jest jedyną osobą, która potrafi ją zrozumieć, bo był tak samo zepsuty jak i ona. Nie skrzywdził jej – czy to tak trudne do pojęcia, pomyślała, znużona – nie wykorzystał jej, nie porzucił, nie zostawił samej, nie, Lorraine była zepsuta zanim jeszcze Otto położył na niej dłonie. Nie zamierzała okłamywać Maeve, że niczego już do niego nie czuje – kiedyś okłamywała Atreusa i wciąż tego żałowała – ale nie zamierzała też pozwolić, by uczucia względem Degenhardta stały na przeszkodzie ich szczęściu. Nie chciała o nim teraz myśleć. Teraz była z Maeve, a to, co czuła do Maeve, było wyjątkowe – nie dało się tych uczuć porównać do tego, co kiedykolwiek czuła do kogokolwiek innego. Jesteś zazdrosna?, gotowa była wyszeptać uwodzicielsko nad uchem, pokaż mi, jak bardzo. Okrutna drwina nawet nie zdążyłaby wybrzmieć, bo zastąpiłaby ją zaraz wyzywającym “więc uważasz, że nie wiem, jak cię kochać?”, gniewnym “jak możesz myśleć, że kiedykolwiek przestanę?” i wreszcie, nieskończenie czułym, rozbrajającym “Maeve”, powtarzanym raz po raz – w każdej możliwej intonacji – dopóki to jedno słowo nie zastąpiło w jej ustach wszystkich pospolitych wyznań, jakie szeptali sobie kochankowie, wierząc, że ich miłość zapisana jest w gwiazdach, nie zaś na kartach sztuki, której zakończeniem jest śmierć.
Pozwoliła Maeve popchnąć się na barierkę balkonu, spokojna, uległa i absolutnie spełniona w swej uległości.
– Chcę tego, co ty – odpowiedziała z uwodzicielską manierą, choć na widok miny Maeve wyraźnie spoważniała, a filuterne rozbawienie ustąpiło miejsca powadze. Przenikliwe spojrzenie niebieskich oczu przesuwało się uważnie po twarzy kobiety. Lorraine pozwoliła wybrzmieć ciszy, zanim udzieliła odpowiedzi wyważonym tonem, który tchnął niezmąconym spokojem. – Chcę być kochana i kochać. Chcę, żeby ten wieczór był dla ciebie wyjątkowy, moja słodka ptaszyno. – Pogłaskała ją czule po policzku. Dotyk był szczery. Dotykiem zawsze potrafiła wyrazić więcej niż słowami. – Nieważne, czy miałabym w tym celu zatańczyć na krawędzi balustrady, czy po prostu pozwolić zepchnąć się z tego balkonu. – Uśmiechnęła się delikatnie, choć nuta goryczy wkradła się w ten uśmiech. Zrób to, zdawały się mówić jej oczy, jarzące się w ciemności jak gwiazdy, zabij mnie, jeśli chcesz, nie będę się opierać. Schroniłaby się pod jej opiekuńczymi skrzydłami, kiedy obie pikowałyby w dół – Maeve tak łatwo nie wypuściłaby jej ze swoich szponów, przemknęło Lorraine przez głowę, kiedy przyglądała się, jak kobieta pozbywa się odprysków lakieru z palców – choć wiedziała, że ukochana w ostatniej chwili bezpiecznie wzleciałaby na swych skrzydłach ponad dachy kamienic, ratując się przed losem roztrzaskanego o bruk pianina, to gdyby Lorraine tak umarła, byłaby szczęśliwa: to byłaby dobra śmierć.
Najmniejsze z nokturńskich świateł zgasło, kiedy wypuściła z ręki wciąż jeszcze tlącego się papierosa, tylko po to, by móc objąć Maeve za szyję. To nie była Pokątna skąpana w świetle dnia, tylko Nokturn. Tutaj nie musiały się obawiać nieprzychylnych spojrzeń, ani tego, że kogoś zgorszą. Tutaj zajmowały honorowe miejsca na balkonie z widokiem na główną ulicę – niby na scenę teatru.
– Nie lubię, kiedy się kłócimy. – Chłód w głosie Lorraine pasował do jej skutych lodem oczu.