25.09.2024, 21:26 ✶
Manipulacja, gra, podchody - nawet nie zauważałem granicy, kiedy przechodziłem w trans spowodowany pragnieniem krwi. Nadarzała się okazja, więc moje ciało zaczynało brnąć w jej kierunku, umysł zaczynał zawodzić, myśli walczyły ze sobą, ale jednak podświadomość wiedziała jedno. Kły, krew, nasycenie. Tak, tak. Chciałem tego, pragnąłem tego jak diabli, mimo że potem miałem się za to nienawidzić, ale teraz o tym nie myślałem. Teraz wszystko wydawało się być w porządku, układało się w piękną, może nawet symetryczną całość.
Taaak, potrzebowałem. Chociażby kropli krwi. Jedną kroplę. JEDNĄ. Nie więcej. Uronię ją, z rozkoszą skonsumuję, a potem pójdę spać. Nikt nie będzie przecież płakał przez jedną kroplę krwi.
Obecność Geraldine tylko wszystko komplikowała. Coś mi mówiło, że należało się jej pozbyć, ale to były złe podszepty. Geraldine miała mnie pilnować - odezwało się jakieś niknące echo. Może wcale nie rozbrzmiało. Wydawało mi się. Może właśnie nie istniało? Bo niby czemu Geraldine miała mnie pilnować? Nic się nie działo. Nic złego. Byłem grzeczny. Panowałem nad sobą, pomimo głodu. Robiłem się słaby, bardziej martwy, ale wszystko było w porządku.
Ale jednak spiąłem się, kiedy Geraldine podniosła głos. Jej słowa mnie raniły. Kompletnie nic nie rozumiała, okazywała brak współczucia w mojej niedoli, jak zwykle myślała egoistycznie. Zamiast trzymać mnie w ryzach, wyrzucała mnie na zewnątrz, bym to tam szukał ukojenia w pożarze, który coraz bardziej opanowywał moje wargi.
Wkurzała mnie. Miałem ochotę zrobić jej na złość, syknąć złowrogo i wypić z nich obojga tyle krwi, że leżałaby półprzytomna przez tydzień w tym swoim ogólnodostępnym łóżku. Miałem ochotę warczeć, rozrywać, niszczyć.
A jednak stałem. Było we mnie tak wiele opanowania. Powinienem być z siebie dumny...
Tyle że żalu nie potrafiłem opanować. Geraldine mnie zraniła. Jej słowa mnie zraniły.
- Twojego chłopaka? Który to już w tym tygodniu?! - zapytałem złośliwie Geraldine, dając tym samym jej chłopakowi do zrozumienia, że nie miał co się oblewać w wyjątkowości. To była tylko jedna, marna chwila. Potem go stąd wyrzuci, bo stanie się problemem.
Zaraz też zwróciłem się do Ambroise’a:
- Dla Geraldine, zamiast herbatki, raczej czystą whisky - dodałem z równym jadem... i chociaż w tym przypadku powinienem skończyć i trzasnąć drzwiami... Chuj, albo tymi od swojej sypialni, albo nawet tymi frontowymi. Tak, powinienem wyrzucić to z siebie, po czym trzasnąć drzwiami, ale jednak... T0 nie tak grało moje ciało jak powinno. Stałem tam. Stałem do tego czasu, póki nie zrobiłem kolejnego kroku w ich kierunku. Półświadomie, bezcelowo na pierwszy rzut oka, ale jednak miało to bliżej określony cel. Właśnie to, aby znaleźć się bliżej celu. Blisko, najbliżej.
Przełknąłem ślinę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że drżę. Nie mogłem dłużej być grzeczny. Kolejny raz powtarzałem w głowie jej słowa o ulicy i angażowaniu ojca.
Złożyłem ręce na piersi. Stałem teraz niczym słup, nie do ruszenia. Pewnie, na rozstawionych nogach, ze złożonymi rękoma, ale gotowymi się rozplątać. Obserwowałem uważnie każdy ich ruch. To było ważne.
- Wiesz co, Ger? Nieczuła suka z ciebie. Myślałem, że zależy ci na mnie, ale ty tylko włazisz w tyłek ojcu. Może faktycznie powinnaś zdechnąć pierwsza - stwierdziłem, uśmiechając się do niej szeroko, tak bardzo wymuszenie, oczywiście przy tym ukazując parę ostrych kłów.
Pytanie, czy wolała oddać się dobrowolnie, czy bezsensownie walczyć w tym stanie...?
Przekrzywiłem głowę, jakbym czekał z ciekawością na jakąś odpowiedź. Bawiłem się nią...? Niczym kocur swoją mysią zdobyczą?
Taaak, potrzebowałem. Chociażby kropli krwi. Jedną kroplę. JEDNĄ. Nie więcej. Uronię ją, z rozkoszą skonsumuję, a potem pójdę spać. Nikt nie będzie przecież płakał przez jedną kroplę krwi.
Obecność Geraldine tylko wszystko komplikowała. Coś mi mówiło, że należało się jej pozbyć, ale to były złe podszepty. Geraldine miała mnie pilnować - odezwało się jakieś niknące echo. Może wcale nie rozbrzmiało. Wydawało mi się. Może właśnie nie istniało? Bo niby czemu Geraldine miała mnie pilnować? Nic się nie działo. Nic złego. Byłem grzeczny. Panowałem nad sobą, pomimo głodu. Robiłem się słaby, bardziej martwy, ale wszystko było w porządku.
Ale jednak spiąłem się, kiedy Geraldine podniosła głos. Jej słowa mnie raniły. Kompletnie nic nie rozumiała, okazywała brak współczucia w mojej niedoli, jak zwykle myślała egoistycznie. Zamiast trzymać mnie w ryzach, wyrzucała mnie na zewnątrz, bym to tam szukał ukojenia w pożarze, który coraz bardziej opanowywał moje wargi.
Wkurzała mnie. Miałem ochotę zrobić jej na złość, syknąć złowrogo i wypić z nich obojga tyle krwi, że leżałaby półprzytomna przez tydzień w tym swoim ogólnodostępnym łóżku. Miałem ochotę warczeć, rozrywać, niszczyć.
A jednak stałem. Było we mnie tak wiele opanowania. Powinienem być z siebie dumny...
Tyle że żalu nie potrafiłem opanować. Geraldine mnie zraniła. Jej słowa mnie zraniły.
- Twojego chłopaka? Który to już w tym tygodniu?! - zapytałem złośliwie Geraldine, dając tym samym jej chłopakowi do zrozumienia, że nie miał co się oblewać w wyjątkowości. To była tylko jedna, marna chwila. Potem go stąd wyrzuci, bo stanie się problemem.
Zaraz też zwróciłem się do Ambroise’a:
- Dla Geraldine, zamiast herbatki, raczej czystą whisky - dodałem z równym jadem... i chociaż w tym przypadku powinienem skończyć i trzasnąć drzwiami... Chuj, albo tymi od swojej sypialni, albo nawet tymi frontowymi. Tak, powinienem wyrzucić to z siebie, po czym trzasnąć drzwiami, ale jednak... T0 nie tak grało moje ciało jak powinno. Stałem tam. Stałem do tego czasu, póki nie zrobiłem kolejnego kroku w ich kierunku. Półświadomie, bezcelowo na pierwszy rzut oka, ale jednak miało to bliżej określony cel. Właśnie to, aby znaleźć się bliżej celu. Blisko, najbliżej.
Przełknąłem ślinę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że drżę. Nie mogłem dłużej być grzeczny. Kolejny raz powtarzałem w głowie jej słowa o ulicy i angażowaniu ojca.
Złożyłem ręce na piersi. Stałem teraz niczym słup, nie do ruszenia. Pewnie, na rozstawionych nogach, ze złożonymi rękoma, ale gotowymi się rozplątać. Obserwowałem uważnie każdy ich ruch. To było ważne.
- Wiesz co, Ger? Nieczuła suka z ciebie. Myślałem, że zależy ci na mnie, ale ty tylko włazisz w tyłek ojcu. Może faktycznie powinnaś zdechnąć pierwsza - stwierdziłem, uśmiechając się do niej szeroko, tak bardzo wymuszenie, oczywiście przy tym ukazując parę ostrych kłów.
Pytanie, czy wolała oddać się dobrowolnie, czy bezsensownie walczyć w tym stanie...?
Przekrzywiłem głowę, jakbym czekał z ciekawością na jakąś odpowiedź. Bawiłem się nią...? Niczym kocur swoją mysią zdobyczą?