Pijana Geraldine była całkiem przystępną wersją siebie, mówiła co myślała, nie było to nietypowe też dla tej trzeźwej, ale w tym wypadku wypadała się całkowicie przestać filtrować swoje myśli. Normalnie nie było z nią, aż tak źle. - To dobrze. - Odparła jeszcze, bo chyba była aktualnie zadowolona z takie kolei rzeczy. Ciekawe, czy rano coś się zmieni, czy w ogóle będzie pamiętała swoje zachowanie. Z drugiej strony nawet jakby pamiętała, to przecież mogłaby udawać, że nie. Nie wiedziała jednak, czy Greengrass będzie jej skłonny odpuścić to wszystko, co się wydarzyło. Mogła mieć nadzieję, tak, przecież ona umierała ostatnia.
Konfrontacja z bratem okazała się być zdecydowanie trudniejsza, niż przewidywała. Nie spodziewała się, że spotka go na głodzie, powinna była o tym pomyśleć. Najgorsze było to, że Ambroise musiał się temu przyglądać, zupełnie nieświadomy tego, o czym rozmawiali. Było jej przez to kurwesko głupio, powinna go była uprzedzić, a teraz sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, czuła, że może nie być w stanie uspokoić brata. Zaklęła w duchu, alkohol nie był w tej sytuacji jej przyjacielem, powodował, że szybciej traciła nad sobą kontrolę, zaczęła prowokować Astarotha i doprowadzać go do granicy, której nie powinien przekroczyć.
- Nigdzie nie pójdziesz Roise. - Powtarzała się, ton je głosu wydawał się być jednak coraz bardziej władczy. Nie mogła mu pozwolić tam wejść. Nie miał pojęcia na co się pisze.
- Nie będzie mi robił żadnej zasranej herbaty, wyjdzie stąd w podskokach. - Nie powinna traktować brata w ten sposób, wiedziała o tym, ale to wydawało jej się najlepszą opcją. Mógł aktualnie zranić kogoś obcego, albo jedno z nich, a nawet oboje, wybór w tym wypadku był prosty, wolała, aby jego kły spotkały się z szyją kogoś kogo nie znali.
Greengrass próbował, rozumiała jego pobudki, nie wiedział jednak, że to co mówił nie miało najmniejszego sensu, sama do tego doprowadziła. To całkiem miłe, że chciał w cywilizowany sposób pomóc im rozwiązać problem, tyle, że to nie pomogłoby w niczym.
Zignorowała więc zupełnie jego zaproszenie do wspólnego robienia kanapek. Przeniosła wzrok na brata, który zaczął się do nich zbliżać. Kurwa mać.
Yaxleyówna potrafiła uderzyć tak, żeby zabolało. Miała nadzieję, że słowa które wypowiadała wkurzą Astartoha na tyle, że postanowi opuścić mieszkanie, nie spodziewała się, że zadziałają odwrotnie. Nie przewidziała takiej możliwości.
- To nie jest twój zasrany interes. - Wysyczała przez zęby, Astaroth też potrafił kąsać, całkiem celnie, Ger zaczęła bowiem irytować się coraz mocniej. Była w swoim, pierdolonym mieszkaniu, to miało być jej bezpieczne miejsce, ostoja, a było tego przeciwieństwem.
Och, oczywiście nie mógł jej odpuścić też uwagi o alkoholu, strasznie wyszukana zaczepka, nie opowiedziała na nią. Zresztą w stanie w którym aktualnie się znajdowała na pewno nie pogardziłaby whisky, byłaby hipokrytką, gdyby powiedziała, że jest inaczej.
Zbliżał się do nich coraz bardziej, a po chwili zatrzymał i przybrał tę pozycję obronną, wiedziała, że bardzo szybko może przejść do ataku. Wampiry przecież były szybsze od ludzi, to ją kurewsko irytowało, do tego wszystkiego nie była aktualnie w pełni sił, nie miała pojęcia, czy będzie sobie z nim w stanie poradzić najebana. Odruchowo sięgnęła dłonią do paska od spodni, aby sprawdzić, czy miała przy nim jeden ze swoich sztyletów. Trochę się uspokoiła, gdy wyczuła go pod palcami. Nie był może najlepszym narzędziem do unicestwienia wampira, jednak mogła go chociaż odrobinę uszkodzić.
Oczy jej się zaszkliły, gdy usłyszała kolejne słowa brata, zaczęła oddychać bardziej nerwowo, dłonie zacisnęła w pięści próbując opanować gniew, który wypełniał ją w tej chwili do szpiku kości. Było źle, skurwiel uderzył tam, gdzie najbardziej ją bolało, w ranę, która nie zdążyła się zabliźnić. Przypomniał o tym, że to co się wydarzyło było jej winą, tylko i wyłącznie. W tej chwili go nienawidziła, mimo, że był przecież jej młodszym bratem.
- Chętnie zdechłabym pierwsza, niestety nie miałam tyle szczęścia, uważaj na słowa, bo zabiję cię drugi raz, teraz skutecznie. - Nie umknęło jej to, że pokazał kły, na chwilę spojrzała na Ambroise'a który znajdował się obok, nie mogła jednak teraz poświęcić mu wystarczająco czasu, bo mieli przed sobą dziką bestię, która najwyraźniej miała chęć sobie zrobić z nich dzisiaj kolację.