26.09.2024, 08:42 ✶
- Albo więc na wszelki wypadek zadbali o kamuflaż... Bo Weasleyów nie widzę wycinających drzewa w Kniei... – To była stara, czarodziejska rodzina, znana w okolicy. Może i teraz półkrwi, ale ich linia biegła daleko w przeszłość magicznego świata. Nawet jeśli trafiłby się jakiś wyrodek, Brenna nie dowierzała, że cała grupa postanowiłaby biegać po Kniei z siekierami. Pomijając już fakt, że większość Weasleyów była miłymi ludźmi, dochodziły świadomość możliwych konsekwencji, że było to naruszenie pewnego sacrum i potencjalne zniszczenie reputacji całej, licznej rodziny. – Albo to po prostu Irlandczycy.
A i to niekoniecznie. Ostatecznie Weasleyowie nie byli jedyną rudą i piegowatą rodziną z długimi nosami na terytorium Wielkiej Brytanii, chociaż w czarodziejskim światku to ich kojarzyło się w ten sposób w pierwszej kolejności. Jeśli drwale się maskowali... to miało trochę utrudnić sprawy i świadczyło o tym, że jednak są na swój sposób sprytni, ale Brenna postanowiła, że na razie nie będzie się tym przejmować, bo i tak mieli więcej niż oczekiwała. Ambroise mógł ich rozpoznać, nawet jeżeli okaże się, że piegi i rude czupryny były doprawiane.
Spojrzała na niego z pewnym roztargnieniem, kiedy wspomniał o tych diabłach z kosmosu. Nie miała pojęcia, do czego pił, uznała więc to za obelgę, ot trochę nietypową, rzucaną pod adresem złodziei.
– Doskonale. Jeśli mają państwo wskazówki, w jaki sposób to drewno może zostać użyte, to też będzie przydatne. Muszą je w końcu albo sami przerobić, albo gdzieś sprzedać. Różdżki, amulety, coś jeszcze?
Nie znała się na zastosowaniu takiego drewna, ale miała niejasne wrażenie, że nie kradniesz magicznych drzew z cudzego terenu, tylko po to, żeby palić kłodami w kominku w zimne noce. To drzewo prędzej czy później wypłynie, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. A to dawało możliwości pchnięcia śledztwa w innym kierunku niż diabły z kosmosu. Trzeba było sprawdzić dostawców, pośredników i miejsca, które takie drewno wykorzystywały. Żmudna, nudna robota, dość typowa w Brygadzie, której Brenna jako córka, wnuczka, siostra i bratanica Brygadzistów się spodziewała.
Tymczasem zajęła się punktem pierwszym na liście niekonwencjonalnych metod śledczych czyli próbie dosłownego wywęszenia sprawców. Pobiegła na skraj lasu i węszyła tam przez moment, najpierw przy ziemi, a potem w powietrzu. Kręciła się przez chwilę w kółko, wsadziła nos w krzaki, a potem skierowała się w stronę Ambroise, przemieniając już w ruchu, w jednej chwili po trawie szła ciemna wilczyca, w drugiej krok ku niemu robiła Brygadzistka. Minę miała jakby trochę dziwną.
– Wie pan co, to zostawianie mnie tu samej póki co nie jest konieczne, za to powinniśmy wezwać drugiego Brygadzistę. Oni się stąd nie teleportowali, trop prowadzi w las, jest stosunkowo świeży, możliwe, że gdzieś w pobliżu mają kryjówkę. Mogą ciągle tam być, gdzieś na południe stąd. I to by wyjaśniało, jak dokonują tych… eee… zuchwałych zbrodni. Ukryli ją jakoś czarami, obserwują i czekają na dobry moment.
Diabły z kosmosu najwyraźniej nie zdążyły jeszcze wsiąść na pokład swojego statku kosmicznego. A Brenna może nie powinna o tym mówić, ale nie miała pojęcia, jak cholernie uparty był Ambroise i że wbił sobie do głowy, że ataki na jego ziemię przeprowadzają kosmici.
A i to niekoniecznie. Ostatecznie Weasleyowie nie byli jedyną rudą i piegowatą rodziną z długimi nosami na terytorium Wielkiej Brytanii, chociaż w czarodziejskim światku to ich kojarzyło się w ten sposób w pierwszej kolejności. Jeśli drwale się maskowali... to miało trochę utrudnić sprawy i świadczyło o tym, że jednak są na swój sposób sprytni, ale Brenna postanowiła, że na razie nie będzie się tym przejmować, bo i tak mieli więcej niż oczekiwała. Ambroise mógł ich rozpoznać, nawet jeżeli okaże się, że piegi i rude czupryny były doprawiane.
Spojrzała na niego z pewnym roztargnieniem, kiedy wspomniał o tych diabłach z kosmosu. Nie miała pojęcia, do czego pił, uznała więc to za obelgę, ot trochę nietypową, rzucaną pod adresem złodziei.
– Doskonale. Jeśli mają państwo wskazówki, w jaki sposób to drewno może zostać użyte, to też będzie przydatne. Muszą je w końcu albo sami przerobić, albo gdzieś sprzedać. Różdżki, amulety, coś jeszcze?
Nie znała się na zastosowaniu takiego drewna, ale miała niejasne wrażenie, że nie kradniesz magicznych drzew z cudzego terenu, tylko po to, żeby palić kłodami w kominku w zimne noce. To drzewo prędzej czy później wypłynie, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało. A to dawało możliwości pchnięcia śledztwa w innym kierunku niż diabły z kosmosu. Trzeba było sprawdzić dostawców, pośredników i miejsca, które takie drewno wykorzystywały. Żmudna, nudna robota, dość typowa w Brygadzie, której Brenna jako córka, wnuczka, siostra i bratanica Brygadzistów się spodziewała.
Tymczasem zajęła się punktem pierwszym na liście niekonwencjonalnych metod śledczych czyli próbie dosłownego wywęszenia sprawców. Pobiegła na skraj lasu i węszyła tam przez moment, najpierw przy ziemi, a potem w powietrzu. Kręciła się przez chwilę w kółko, wsadziła nos w krzaki, a potem skierowała się w stronę Ambroise, przemieniając już w ruchu, w jednej chwili po trawie szła ciemna wilczyca, w drugiej krok ku niemu robiła Brygadzistka. Minę miała jakby trochę dziwną.
– Wie pan co, to zostawianie mnie tu samej póki co nie jest konieczne, za to powinniśmy wezwać drugiego Brygadzistę. Oni się stąd nie teleportowali, trop prowadzi w las, jest stosunkowo świeży, możliwe, że gdzieś w pobliżu mają kryjówkę. Mogą ciągle tam być, gdzieś na południe stąd. I to by wyjaśniało, jak dokonują tych… eee… zuchwałych zbrodni. Ukryli ją jakoś czarami, obserwują i czekają na dobry moment.
Diabły z kosmosu najwyraźniej nie zdążyły jeszcze wsiąść na pokład swojego statku kosmicznego. A Brenna może nie powinna o tym mówić, ale nie miała pojęcia, jak cholernie uparty był Ambroise i że wbił sobie do głowy, że ataki na jego ziemię przeprowadzają kosmici.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.