26.09.2024, 12:22 ✶
– No no, wybrańcy bogów umierają młodo, a mnie jakoś kostucha nie chce zwędzić cały czas. Chociaż ile to trzeba mieć lat? Trzydzieści trzy? To jeszcze trochę mi brakuje.
Mówiła lekko, swobodnie, burza przeminęła, adrenalina od walki odeszła do swojej psiej budy, pozostawiając Mildred w całkiem niezłym nastroju. Może to też fakt, że Ikarus trochę się ogarnął i już na nią nie krzyczał (tak, tak drodzy państwo, ten wymoczek był szalenie agresywny na wybrzeżu! Krzyczał, machał rękami i wyzywał ją od najgorszych!). I pił z nią bimber, a to oznaczało, że nie była pozostawiona sama sobie w czterech ścianach z namalowanymi oczami utkwionymi w jej dygoczące w spazmie ciało.
Rozebrała się beznamiętnie i zaczęła podsuszać rzeczy, nic sobie nie robiąc z chłodu pokoju czy bezpruderyjności własnego zachowania.
– Nie myślę sobie, że jesteś zboczeńcem, tylko no, facetem po prostu. Faceci tak mają. Chyba że jesteś facetem co wolisz facetów, jeśli tak, to spoko, nie robi mi to. – Jej bratu by robiło, on nienawidził wszystkiego co słabe i gejowe. Co by powiedział, gdyby wiedział, że jego siostra też jest trochę gejowa? Chyba umarłaby ze wstydu i przeruchała pół Londynu, żeby udowodnić mu że kręcą ją tylko kutasy.
– Mugolski sprzęt, magiczne serce. Woda, drożdże i cukier oraz podjebana receptura od jakiejś starej szkockiej kurwy. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna, masterowałam ją pięć lat.– przechwalała się bezczelnie, na klęczkach strugą ukształtowanego ciepłego powietrza osuszając ubrania. W końcu założyła na siebie majtki, bo z jeansami to będzie większy problem. Szkoda, że była antytalenciem transmutacyjnym, bo by sobie chociaż prześcieradło w kieckę przemieniła, jak przystało na syrenę wyplutą z morza. Ale zaraz, miała tam chyba jakiś podkoszulek. Bezmyślnie więc wyszła zza swojej zasłony i przeszła obok stolika na przeciwległy koniec pracowni, żeby pośród pościeli znaleźć przyduży męski podkoszulek jej brata, który robił jej za piżamę. Oczywiście Icarus nie patrzył, ale jeśli patrzył, mógł zobaczyć rozległą bliznę w kształcie pioruna zdobiącą od lewego barku niemal całe jej plecy. – W ogóle przykro mi jeśli Tobie jest przykro z powodu Twojego starego. Chcesz o tym pogadać, czy raczej chlać i udawać, że to się w ogóle nie stało. – zapytała roztrzepując mokre włosy, które niemal sięgały jej pasa, a potem zawijając je w niedbały kok nad głową, żeby nie pomoczyły koszulki.
– Jestem chujowa w to suszenie, może Tobie pójdzie lepiej. Tylko uważaj, bo jak sobie dolałeś, to jeszcze sfajczysz sobie ciuchy i co w tedy. Swojej koszulki Ci nie oddam. – wystawiła język zaczepnie, zachowując się zaskakująco swobodnie jak na kogoś, kto miał na swoim poddaszu totalnie nieznajomą osobę, której wcześniej się przywaliło. – Moglibyśmy namalować swoje portrety co myślisz? Ale tylko jedną farba i bez szkicowania. Ty wybierzesz kolor dla siebie, ja dla Ciebie. Będzie śmiesznie. – czknęła, tym razem maczając tylko wargi w słodkiej truciźnie zapomnienia.
Mówiła lekko, swobodnie, burza przeminęła, adrenalina od walki odeszła do swojej psiej budy, pozostawiając Mildred w całkiem niezłym nastroju. Może to też fakt, że Ikarus trochę się ogarnął i już na nią nie krzyczał (tak, tak drodzy państwo, ten wymoczek był szalenie agresywny na wybrzeżu! Krzyczał, machał rękami i wyzywał ją od najgorszych!). I pił z nią bimber, a to oznaczało, że nie była pozostawiona sama sobie w czterech ścianach z namalowanymi oczami utkwionymi w jej dygoczące w spazmie ciało.
Rozebrała się beznamiętnie i zaczęła podsuszać rzeczy, nic sobie nie robiąc z chłodu pokoju czy bezpruderyjności własnego zachowania.
– Nie myślę sobie, że jesteś zboczeńcem, tylko no, facetem po prostu. Faceci tak mają. Chyba że jesteś facetem co wolisz facetów, jeśli tak, to spoko, nie robi mi to. – Jej bratu by robiło, on nienawidził wszystkiego co słabe i gejowe. Co by powiedział, gdyby wiedział, że jego siostra też jest trochę gejowa? Chyba umarłaby ze wstydu i przeruchała pół Londynu, żeby udowodnić mu że kręcą ją tylko kutasy.
– Mugolski sprzęt, magiczne serce. Woda, drożdże i cukier oraz podjebana receptura od jakiejś starej szkockiej kurwy. Jestem z niej bardzo, bardzo dumna, masterowałam ją pięć lat.– przechwalała się bezczelnie, na klęczkach strugą ukształtowanego ciepłego powietrza osuszając ubrania. W końcu założyła na siebie majtki, bo z jeansami to będzie większy problem. Szkoda, że była antytalenciem transmutacyjnym, bo by sobie chociaż prześcieradło w kieckę przemieniła, jak przystało na syrenę wyplutą z morza. Ale zaraz, miała tam chyba jakiś podkoszulek. Bezmyślnie więc wyszła zza swojej zasłony i przeszła obok stolika na przeciwległy koniec pracowni, żeby pośród pościeli znaleźć przyduży męski podkoszulek jej brata, który robił jej za piżamę. Oczywiście Icarus nie patrzył, ale jeśli patrzył, mógł zobaczyć rozległą bliznę w kształcie pioruna zdobiącą od lewego barku niemal całe jej plecy. – W ogóle przykro mi jeśli Tobie jest przykro z powodu Twojego starego. Chcesz o tym pogadać, czy raczej chlać i udawać, że to się w ogóle nie stało. – zapytała roztrzepując mokre włosy, które niemal sięgały jej pasa, a potem zawijając je w niedbały kok nad głową, żeby nie pomoczyły koszulki.
– Jestem chujowa w to suszenie, może Tobie pójdzie lepiej. Tylko uważaj, bo jak sobie dolałeś, to jeszcze sfajczysz sobie ciuchy i co w tedy. Swojej koszulki Ci nie oddam. – wystawiła język zaczepnie, zachowując się zaskakująco swobodnie jak na kogoś, kto miał na swoim poddaszu totalnie nieznajomą osobę, której wcześniej się przywaliło. – Moglibyśmy namalować swoje portrety co myślisz? Ale tylko jedną farba i bez szkicowania. Ty wybierzesz kolor dla siebie, ja dla Ciebie. Będzie śmiesznie. – czknęła, tym razem maczając tylko wargi w słodkiej truciźnie zapomnienia.