Poranek nie należał do lekkich, tak samo jak i noc poprzedzająca ten dzień. Trochę spraw się skomplikowało, na całe szczęście póki co pożar został opanowany. To było najważniejsze. Z tego wszystkiego zapomniała porozmawiać z Thomasem o dzieciaku, którego wczoraj ukradli z plaży i odstawili do babci Lizzy. Głupio wyszło. Napisała do babki, krótki list, w którym wyjaśniła, żeby zajęła się chłopcem jeszcze tego dnia, kobieta oczywiście nie miała nie przeciwko temu, zawsze okazywała wiele serca dla tych, którzy potrzebowali pomocy. Na samą myśl, że będą musieli poruszyć ten temat przy obiedzie robiło jej się gorąco. Wiedziała, że postąpili dosyć mocno lekkomyślnie, ba, ona była prowodyrką tego zachowania, ale tak naprawdę nie miała sobie nic do zarzucenia. Nie mogła zostawić tego dzieciaka z ojcem pijusem i tyle. Kropka.
Thomas postanowił przygotować im obiad. Właściwie było to całkiem miłe. Panna Figg lubiła spędzać czas w towarzystwie swoich najbliższych, a ostatnio nie mieli ku temu wielu okazji. Wszyscy byli zabiegani, zajęci pracą, Zakonem i innymi przyziemnymi sprawami.
Trochę obawiała się tego, co brat zamierza im podać do jedzenia, ale nie miała zamiaru się w to mieszać. To był jego obiad, w jej cukierni z ich wspólnymi przyjaciółmi. Miała nadzieję tylko, że faktycznie uda im się coś zjeść, bo nie oszukujmy się Thomas nie należał do osób, które potrafił wybitnie gotować.
Wyszła z kuchni, w której spędziła sporo czasu, bo musiała sprawdzić, czy ma wszystkie potrzebne składniki na jutrzejszy dzień w klubokawiarni. Udała się do swojej sypialni, bo wiedziała, że zbliża się godzina, w której mieli przyjść goście, chciała pójść po Sama, który był zapewne dużo bardziej wycieńczony po minionej nocy niż ona. Do tego wlał w siebie te wszystkie eliksiry... Stanęła w progu i wpatrywała się w mężczyznę z uśmiechem na twarzy, trochę dłużej niż powinna. - Sam, zaraz obiad, idziemy? - Zapytała spokojnym tonem. Poczekała, aż do niej podejdzie, po czym złapała go za rękę i ruszyła do domowej kuchni, zabawne, że też taką miała zważając na to, że mogłaby jej wystarczyć tylko ta cukiernicza.
- MABEL, OBIAD. - Uniosła nieco ton głosu, aby zawołać też ich córkę, która pewnie bawiła się czymś w swoim pokoju, miała nadzieję, że usłyszy i wyrwie się ze swojego świata.
W końcu dotarli do kuchni, w której zastali już rodzeństwo Longbottom. - Erik, Brenna! Dobrze was widzieć. - Powiedziała z uśmiechem na twarzy, po czym wypuściła dłoń Sama i podeszła do nich, aby przytulić ich na przywitanie.
Dopiero wtedy do jej nozdrzy dotarł zapach jedzenia, swoją drogą całkiem przyjemny. Szukała wzrokiem źródła tego zapachu, ciekawa, co przygotował dla nich Thomas - Widzę braciszku, że się postarałeś. - Wybrał chyba najlepszą i najbezpieczniejszą opcję, czyli zamówienie żarcia na wynos. Jednak nie było tak źle, nikt nie wyjdzie stąd głodny.