26.09.2024, 22:24 ✶
– Robi się! Wynieść Michaelowi trochę whiskey…? Nie mamy chyba całej beczki, ale może dostać jakąś miednicę, tak na rozgrzanie – powiedziała Brenna, spoglądając jeszcze ponad ramieniem Laurenta ku potężnej sylwetce magicznego konia. Stropiła się trochę, że pewnie powinna była uprzedzić skrzatkę, aby kupiła bardzo, bardzo dużo ognistej whiskey (i wyjaśnić jej pośpiesznie, że to nie dla nich, a dla konia, zanim biedna Malwa uznałaby, że panienka popadła w alkoholizm).
Brenna nie powiedziała ani słowa odnośnie trzymania się z dala od Gałgana, a ten merdał ogonem jak szalony i nie przejawiał żadnych chęci ataku. Gdyby to był Ponurak albo Brownie pewnie miałaby większe obawy, ale Gałgan miał chyba za ojca lub matkę labradora i zachowywał się bardzo typowo dla tej rasy, przepełniony miłością do całego świata. Jedyne, co było dla niego ewidentnie trudne, to zrealizowanie polecenia „nie skacz”, bo chociaż nie skoczył, to wykonał jakiś przedziwny taniec, przebierając wszystkimi łapami po podłodze.
– Przepraszam, o ile resztę udało się już jako tako wytresować, to jego roznosi energię i to nawet jak wraca z godzinnego spaceru – stwierdziła, cofając się, by wsunąć głowę do kuchni. – Malwa? Zalejesz herbatę? Dodaj dużo malin. Pomarańczę i miód też? – dopytała jeszcze, a potem uśmiechnęła się do Laurenta. – Bardzo się więc cieszę, że postanowiłam zapytać ciebie, bo nie chciałabym ani ich zabić, zwłaszcza jeśli są rzadkie, ani zacząć jakiejś ekologicznej apokalipsy. Znam się tylko na kotach i psach, cała reszta mnie przerasta.
Fauna i flora nigdy nie były jej specjalnością, ani w czasach szkolnych, ani po nich, i chociaż przyszło jej do głowy, że jaszczurki mogą tu na wolności nie przetrwać albo coś tam się namiesza, to nie miała szans wpaść na to, jak bardzo katastrofalne mogłyby być skutki. Przynajmniej miała na tyle rozumu, aby się z kimś skonsultować…
– Hm? – Zdumiała się szczerze, kiedy Laurent wspomniał o prezencie. Dostawała takie rzadko – w tym roku objęły sztylet od rodziców, tort od Nory, wisiorek od Mav, i o ironio, czapkę z daszkiem od Atreusa i kwiaty od Borgina – a już na pewno nigdy nie jakiś czas później. I niczego nie spodziewałaby się od Laurenta. Zrobiło się jej nawet trochę głupio, bo w pewnym sensie prosiła go o przysługę, a on nie tylko poświęcił czas, żeby tutaj wpaść, ale jeszcze przywiózł jej prezent. Ujęła podarek i jej ciemne oczy szerzej się otworzyły, gdy zobaczyła, co kryło się w środku.
Był piękny – chociaż akurat przy mieczach to miało znaczenie drugorzędne. Rzut okiem, czy też raczej ruch ręką, wystarczył, aby się upewnić, że był poza tym dobrze wyważony, rękojeść miał z tych, które wygodnie trzymać i raczej nie wykonano go z byle jakichś materiałów. I Brenna przez chwilę nie była pewna, co powiedzieć, bo teraz to było jej już podwójnie głupio, a „nie musiałeś” cisnęło się na usta – ale przecież Laurent doskonale wiedział, że nie musiał.
– Jest… niesamowity – stwierdziła w końcu, przenosząc spojrzenie na Laurenta. – Nie bardzo wiem, co powiedzieć. Poza „dziękuję”, znaczy się – przyznała szczerze.
Brenna nie powiedziała ani słowa odnośnie trzymania się z dala od Gałgana, a ten merdał ogonem jak szalony i nie przejawiał żadnych chęci ataku. Gdyby to był Ponurak albo Brownie pewnie miałaby większe obawy, ale Gałgan miał chyba za ojca lub matkę labradora i zachowywał się bardzo typowo dla tej rasy, przepełniony miłością do całego świata. Jedyne, co było dla niego ewidentnie trudne, to zrealizowanie polecenia „nie skacz”, bo chociaż nie skoczył, to wykonał jakiś przedziwny taniec, przebierając wszystkimi łapami po podłodze.
– Przepraszam, o ile resztę udało się już jako tako wytresować, to jego roznosi energię i to nawet jak wraca z godzinnego spaceru – stwierdziła, cofając się, by wsunąć głowę do kuchni. – Malwa? Zalejesz herbatę? Dodaj dużo malin. Pomarańczę i miód też? – dopytała jeszcze, a potem uśmiechnęła się do Laurenta. – Bardzo się więc cieszę, że postanowiłam zapytać ciebie, bo nie chciałabym ani ich zabić, zwłaszcza jeśli są rzadkie, ani zacząć jakiejś ekologicznej apokalipsy. Znam się tylko na kotach i psach, cała reszta mnie przerasta.
Fauna i flora nigdy nie były jej specjalnością, ani w czasach szkolnych, ani po nich, i chociaż przyszło jej do głowy, że jaszczurki mogą tu na wolności nie przetrwać albo coś tam się namiesza, to nie miała szans wpaść na to, jak bardzo katastrofalne mogłyby być skutki. Przynajmniej miała na tyle rozumu, aby się z kimś skonsultować…
– Hm? – Zdumiała się szczerze, kiedy Laurent wspomniał o prezencie. Dostawała takie rzadko – w tym roku objęły sztylet od rodziców, tort od Nory, wisiorek od Mav, i o ironio, czapkę z daszkiem od Atreusa i kwiaty od Borgina – a już na pewno nigdy nie jakiś czas później. I niczego nie spodziewałaby się od Laurenta. Zrobiło się jej nawet trochę głupio, bo w pewnym sensie prosiła go o przysługę, a on nie tylko poświęcił czas, żeby tutaj wpaść, ale jeszcze przywiózł jej prezent. Ujęła podarek i jej ciemne oczy szerzej się otworzyły, gdy zobaczyła, co kryło się w środku.
Był piękny – chociaż akurat przy mieczach to miało znaczenie drugorzędne. Rzut okiem, czy też raczej ruch ręką, wystarczył, aby się upewnić, że był poza tym dobrze wyważony, rękojeść miał z tych, które wygodnie trzymać i raczej nie wykonano go z byle jakichś materiałów. I Brenna przez chwilę nie była pewna, co powiedzieć, bo teraz to było jej już podwójnie głupio, a „nie musiałeś” cisnęło się na usta – ale przecież Laurent doskonale wiedział, że nie musiał.
– Jest… niesamowity – stwierdziła w końcu, przenosząc spojrzenie na Laurenta. – Nie bardzo wiem, co powiedzieć. Poza „dziękuję”, znaczy się – przyznała szczerze.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.