26.09.2024, 23:46 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.09.2024, 23:55 przez Alexander Mulciber.)
Znał te oczy – wszędzie poznałby te oczy – nawiedzały go czasem w snach, teraz prześladowały Alexandra Mulcibera na jawie.
Ale ta kobieta nie wyglądała jak ona, pomyślał z niezadowoleniem, nie znajdując pod palcami burzy ciemnych kudłów, za które mógłby targnąć, by sprawić ból – czarne sploty przypominające diabelskie sidła zastąpił ulizany ład elegancji – być może inny mężczyzna potrafiłby docenić przemianę, on wolał je dzikie i nieujarzmione, bo taką była ich właścicielka. Ona nie mówiła jak ona: wulgarna prostaczka z przerośniętym ego, opryskliwa, odstręczająca w swej sprośności, och, jakże on nie cierpiał takich kobiet – gruboskórnych i w swoim grubiaństwie się lubujących – nie myślał o nich jak o kobietach, raczej jak o kimś poślednim, prymitywnym, sama siebie nienawidzisz się tak bardzo, że pragniesz być kimś innym, stwierdził, z masochistyczną przyjemnością wsłuchując się w przesłodzony świergot uwieszonej u jego ramienia sennej mary – córy boga snów. Może była naćpana, pomyślał, i poczuł natychmiast ukłucie zazdrości, które nie niosło jednak ze sobą znajomej ulgi igły drążącej skórę w poszukiwaniu żyły: miejsce tłoczonej prosto do krwiobiegu rozkoszy zastąpiła sączona powoli trucizna.
Zamknął na chwilę oczy. Nie pierwszy raz żałował, że się nie zaćpał, kiedy miał ku temu okazję. Przesunął dłonią wzdłuż nagiej skóry jej ramienia jak po lśniącej sierści czarnej klaczy, choć nie było w tym pożądliwości, tylko ciekawość. Rozwarł powieki: upewniał się, że była materialna, nawet jeżeli to nie mogła być ona, bo ona wzdrygnęłaby się pod jego dotykiem, jak nieujeżdżony, dziki koń, który nie zna brzemienia wędzidła ani krępacji uzdy. Melpomene, dobre imię dla klaczy – czy tak właśnie pomyślał Morpheus Longbottom, kiedy latał po świecie z chujem po prośbie niczym Posejdon, który pokrył Demeter pod postacią dzikiego ogiera? Potrafił zrozumieć jej obecność w swoich pokurwiałych, schizofrenicznych fantazjach, które były niczym innym jak projekcją tajonych lęków i niepewności, ale nie jego, nie Morpheusa. Ale teraz nie miał czasu o tym myśleć. Prowadził kobietę w tańcu jak Cygan ujeżdżający niepokorną klacz – wielokrotnie widział, jak robią to jego kuzyni, a choć on sam lubował się w wyścigach konnych z powodów hazardowych, potrafił docenić piękno tych stworzeń – pozwolił jej obracać się w miejscu, przyzwyczaić do rytmu jego oddechów, ale zamiast delikatnie ścisnąć udami ziejące boki, naparł na nią całym ciałem.
Muzyka grała, suknia wirowała na parkiecie, powaga Alexandra kontrastowała ze śmiechem, jakim zaniosła się kobieta. Wyobraził sobie jak łatwo ten śmiech mógłby przejść w upiorne charczenie, gdyby uległ pokusie jej białej szyi.
Może oszalałem, rozważał ze spokojem, może nie jest prawdziwa, a to wszystko to tylko halucynacja. Może zagubił się po prostu w wymiarze lustra, w świecie, w którym prowadził odwieczną walkę z mirażami własnego umysłu. Alexander dawno już przestał ufać swoim oczom. Zerknął znów w stronę Ambrosii. Nie. Nie oszalał. Jeszcze nie.
Zamarł, kiedy dotknęła jego kart.
Obrzydzenie. Obrzydzenie rozlewało się po jego ciele, czuł na sobie dłonie tej dziwki, był brudny, brudny, brudny, nigdy w życiu nie czuł się tak brudny, zesztywniał, nie wiedząc jak zareagować na tak bezczelny gwałt na jego zmysłach.
Nie pozwalał dotykać swoich kart tarota w tej konkretnej talii nikomu poza Ambrosią. Karty były świętością, której nie wolno było brukać, karty były narzędziem liturgicznym dywinacji. Karty nosiły w sobie energię tego, kto je dotykał. Stary zabobon, wzruszali ramionami inni wróżbici, ale Alexander nigdy ich nie słuchał. Jego karty były zapisem jego historii, bo przed nim należały do jego matki, do jej matki i do matki jej matki. Jego karty znaczyła krew, ta sama, którą płynęła w jego żyłach. Kiedy z Ambrosią wymieniali się kartami ze swoich talii, wymieniali się częściami swoich dusz. To było misterium, to było przyrzeczenie, to był...
Ocknął się. To było tylko krótkie zawahanie, moment, kiedy zgubił kroki, zapomniał się, odetchnął głęboko, próbując odsunąć od siebie wizje jej martwego ciała osuwającego się na parkiet.
Równie dobrze mogłaby mu zwalić na środku parkietu, przy wszystkich weselnikach.
Nie, stwierdził chłodno, seks nie był wystarczająco intymny – ocierające się o siebie ciała pozbawione twarzy, szyje wygięte w paroksyźmie prymarnego spełnienia, montonia ordynarnych odgłosów kopulacji, “Apollo nie dał mi pięknego głosu”, skarżyła się kobieta, jęcząc, brzmiałabyś tak samo jak pierwsza lepsza kurwa, pomyślał, dziwnie zobojętniały – nie, seks nie był niczym więcej jak kolejnym zwierzęcym popędem. Seks nie był wystarczająco intymny, ona chciała czegoś więcej, chciała wyrwać mu serce z piersi, pożreć je jak syrena z odmętów Mare Nostrum, ale nie wiedziała, że Mulcibera już dawno je wyciął i oddał na przechowanie innej – Ambrosia, Penelopa, Kirke, co za różnica, jak ją nazywał – ta jednak, tkwiła teraz w ramionach Louvaina Lestrange'a.
Milczał, obracając się nieprzytomnie w tańcu, ciało kobiety wydawało mu się nienaturalnie ciepłe, a jego ręce – zimne jak u trupa.
– Melpomena, Muza tragedii – powtórzył imię, którym się przedstawiła, obracając je na języku ni to ze wstrętem, ni z nabożnością: pomyślał o rzeźbie, którą niegdyś widział w Luwrze, o pochodzie Muz, o tym, jak bardzo podobała mu się Melpomena, która z oddali wyglądała tak, jakby skrywała twarz za maską tragiczną, i dopiero gdy podeszło się bliżej i spojrzało na dzieło z innej perspektywy, można było zobaczyć prawdziwe oblicze bogini. Przestał mrugać. Wzrok utkwił w kobiecie. Nie chciał przegapić chwili, gdy odsłoni twarz. – “Muzo, męża wyśpiewaj…” – Tęskne echo homeryckiej inwokacji otwierającej “Odyseję” zabrzmiało w ustach Alexandra jak modlitwa: przez chwilę był inny, jego głos wciąż był głosem Alexandra, ale Alexandra ze snu, Alexandra, który pierwszy raz czytał te słowa i odnajdywał w nich siebie. Twarz o zredukowanej ekspresji pojaśniała, choć tylko przez moment. Kiedy jednak wskazał podbródkiem na trzymaną przez kobietę kartę, biła od niego tylko pogarda. – Więc kim jest ten “mąż”, którego sobie wyśpiewałaś, złotooka Muzo? – Czy patrzy w stronę świętego grodu Troi, którą zostawił w ruinie za swoimi plecami – tak jak ty zostawiłaś swój grecki akcent tuż za angielską granicą?, pomyślał ironicznie. Czy może trzyma oczy na horyzoncie, wyprostował się mimowolnie, na płynącej miodem i ambrozją Itace, tam, gdzie jego prawdziwy dom?
Nie czekał na odpowiedź.
Zatrzymał się nagle, wytrącając ją z rytmu, przyciągnął bliżej. Przytrzymał rękę, w której trzymała Pazia denarów, by nie mogła mu się wyrwać. Z perspektywy reszty tańczących byli tylko jedną z wielu par na parkiecie: dżentelmenem, który po cichu prosi o jeszcze jeden taniec, damą, która z wdziękiem przyjmuje jego adorację.
– Możesz dzielić imię z muzą tragedii – szepnął jej do ucha: był tak blisko, że niemalże musnął ustami jego płatek – ale bliżej ci do burleski niż do teatru. – Nie miał boskiej podstępności Odyseusza, ale miał jego niewyparzoną gębę. – Jeżeli zamierzasz się ze mną pierdolić w tańcu, zdejmij tę żałosną maskę, Melpomeno. Przede mną nie musisz udawać. – Nie patrzył w oczy własnemu bratu, gdy wydawał na niego wyrok śmierci, nie musiał patrzyć w oczy kobietom, jeżeli brał je od tyłu – nie musiał też patrzeć w oczy Mildred Moody, które spoglądały na niego z twarzy koszmaru. – Bo dla mnie jesteś – i zawsze będziesz – oddech Alexandra owionął miękko policzek kobiety, zanim odsunął się gwałtownie, wyrywając jej kartę z ręki – nikim.
Nikim.
Ale ta kobieta nie wyglądała jak ona, pomyślał z niezadowoleniem, nie znajdując pod palcami burzy ciemnych kudłów, za które mógłby targnąć, by sprawić ból – czarne sploty przypominające diabelskie sidła zastąpił ulizany ład elegancji – być może inny mężczyzna potrafiłby docenić przemianę, on wolał je dzikie i nieujarzmione, bo taką była ich właścicielka. Ona nie mówiła jak ona: wulgarna prostaczka z przerośniętym ego, opryskliwa, odstręczająca w swej sprośności, och, jakże on nie cierpiał takich kobiet – gruboskórnych i w swoim grubiaństwie się lubujących – nie myślał o nich jak o kobietach, raczej jak o kimś poślednim, prymitywnym, sama siebie nienawidzisz się tak bardzo, że pragniesz być kimś innym, stwierdził, z masochistyczną przyjemnością wsłuchując się w przesłodzony świergot uwieszonej u jego ramienia sennej mary – córy boga snów. Może była naćpana, pomyślał, i poczuł natychmiast ukłucie zazdrości, które nie niosło jednak ze sobą znajomej ulgi igły drążącej skórę w poszukiwaniu żyły: miejsce tłoczonej prosto do krwiobiegu rozkoszy zastąpiła sączona powoli trucizna.
Zamknął na chwilę oczy. Nie pierwszy raz żałował, że się nie zaćpał, kiedy miał ku temu okazję. Przesunął dłonią wzdłuż nagiej skóry jej ramienia jak po lśniącej sierści czarnej klaczy, choć nie było w tym pożądliwości, tylko ciekawość. Rozwarł powieki: upewniał się, że była materialna, nawet jeżeli to nie mogła być ona, bo ona wzdrygnęłaby się pod jego dotykiem, jak nieujeżdżony, dziki koń, który nie zna brzemienia wędzidła ani krępacji uzdy. Melpomene, dobre imię dla klaczy – czy tak właśnie pomyślał Morpheus Longbottom, kiedy latał po świecie z chujem po prośbie niczym Posejdon, który pokrył Demeter pod postacią dzikiego ogiera? Potrafił zrozumieć jej obecność w swoich pokurwiałych, schizofrenicznych fantazjach, które były niczym innym jak projekcją tajonych lęków i niepewności, ale nie jego, nie Morpheusa. Ale teraz nie miał czasu o tym myśleć. Prowadził kobietę w tańcu jak Cygan ujeżdżający niepokorną klacz – wielokrotnie widział, jak robią to jego kuzyni, a choć on sam lubował się w wyścigach konnych z powodów hazardowych, potrafił docenić piękno tych stworzeń – pozwolił jej obracać się w miejscu, przyzwyczaić do rytmu jego oddechów, ale zamiast delikatnie ścisnąć udami ziejące boki, naparł na nią całym ciałem.
Muzyka grała, suknia wirowała na parkiecie, powaga Alexandra kontrastowała ze śmiechem, jakim zaniosła się kobieta. Wyobraził sobie jak łatwo ten śmiech mógłby przejść w upiorne charczenie, gdyby uległ pokusie jej białej szyi.
Może oszalałem, rozważał ze spokojem, może nie jest prawdziwa, a to wszystko to tylko halucynacja. Może zagubił się po prostu w wymiarze lustra, w świecie, w którym prowadził odwieczną walkę z mirażami własnego umysłu. Alexander dawno już przestał ufać swoim oczom. Zerknął znów w stronę Ambrosii. Nie. Nie oszalał. Jeszcze nie.
Zamarł, kiedy dotknęła jego kart.
Obrzydzenie. Obrzydzenie rozlewało się po jego ciele, czuł na sobie dłonie tej dziwki, był brudny, brudny, brudny, nigdy w życiu nie czuł się tak brudny, zesztywniał, nie wiedząc jak zareagować na tak bezczelny gwałt na jego zmysłach.
Nie pozwalał dotykać swoich kart tarota w tej konkretnej talii nikomu poza Ambrosią. Karty były świętością, której nie wolno było brukać, karty były narzędziem liturgicznym dywinacji. Karty nosiły w sobie energię tego, kto je dotykał. Stary zabobon, wzruszali ramionami inni wróżbici, ale Alexander nigdy ich nie słuchał. Jego karty były zapisem jego historii, bo przed nim należały do jego matki, do jej matki i do matki jej matki. Jego karty znaczyła krew, ta sama, którą płynęła w jego żyłach. Kiedy z Ambrosią wymieniali się kartami ze swoich talii, wymieniali się częściami swoich dusz. To było misterium, to było przyrzeczenie, to był...
Ocknął się. To było tylko krótkie zawahanie, moment, kiedy zgubił kroki, zapomniał się, odetchnął głęboko, próbując odsunąć od siebie wizje jej martwego ciała osuwającego się na parkiet.
Równie dobrze mogłaby mu zwalić na środku parkietu, przy wszystkich weselnikach.
Nie, stwierdził chłodno, seks nie był wystarczająco intymny – ocierające się o siebie ciała pozbawione twarzy, szyje wygięte w paroksyźmie prymarnego spełnienia, montonia ordynarnych odgłosów kopulacji, “Apollo nie dał mi pięknego głosu”, skarżyła się kobieta, jęcząc, brzmiałabyś tak samo jak pierwsza lepsza kurwa, pomyślał, dziwnie zobojętniały – nie, seks nie był niczym więcej jak kolejnym zwierzęcym popędem. Seks nie był wystarczająco intymny, ona chciała czegoś więcej, chciała wyrwać mu serce z piersi, pożreć je jak syrena z odmętów Mare Nostrum, ale nie wiedziała, że Mulcibera już dawno je wyciął i oddał na przechowanie innej – Ambrosia, Penelopa, Kirke, co za różnica, jak ją nazywał – ta jednak, tkwiła teraz w ramionach Louvaina Lestrange'a.
Milczał, obracając się nieprzytomnie w tańcu, ciało kobiety wydawało mu się nienaturalnie ciepłe, a jego ręce – zimne jak u trupa.
– Melpomena, Muza tragedii – powtórzył imię, którym się przedstawiła, obracając je na języku ni to ze wstrętem, ni z nabożnością: pomyślał o rzeźbie, którą niegdyś widział w Luwrze, o pochodzie Muz, o tym, jak bardzo podobała mu się Melpomena, która z oddali wyglądała tak, jakby skrywała twarz za maską tragiczną, i dopiero gdy podeszło się bliżej i spojrzało na dzieło z innej perspektywy, można było zobaczyć prawdziwe oblicze bogini. Przestał mrugać. Wzrok utkwił w kobiecie. Nie chciał przegapić chwili, gdy odsłoni twarz. – “Muzo, męża wyśpiewaj…” – Tęskne echo homeryckiej inwokacji otwierającej “Odyseję” zabrzmiało w ustach Alexandra jak modlitwa: przez chwilę był inny, jego głos wciąż był głosem Alexandra, ale Alexandra ze snu, Alexandra, który pierwszy raz czytał te słowa i odnajdywał w nich siebie. Twarz o zredukowanej ekspresji pojaśniała, choć tylko przez moment. Kiedy jednak wskazał podbródkiem na trzymaną przez kobietę kartę, biła od niego tylko pogarda. – Więc kim jest ten “mąż”, którego sobie wyśpiewałaś, złotooka Muzo? – Czy patrzy w stronę świętego grodu Troi, którą zostawił w ruinie za swoimi plecami – tak jak ty zostawiłaś swój grecki akcent tuż za angielską granicą?, pomyślał ironicznie. Czy może trzyma oczy na horyzoncie, wyprostował się mimowolnie, na płynącej miodem i ambrozją Itace, tam, gdzie jego prawdziwy dom?
Nie czekał na odpowiedź.
Zatrzymał się nagle, wytrącając ją z rytmu, przyciągnął bliżej. Przytrzymał rękę, w której trzymała Pazia denarów, by nie mogła mu się wyrwać. Z perspektywy reszty tańczących byli tylko jedną z wielu par na parkiecie: dżentelmenem, który po cichu prosi o jeszcze jeden taniec, damą, która z wdziękiem przyjmuje jego adorację.
– Możesz dzielić imię z muzą tragedii – szepnął jej do ucha: był tak blisko, że niemalże musnął ustami jego płatek – ale bliżej ci do burleski niż do teatru. – Nie miał boskiej podstępności Odyseusza, ale miał jego niewyparzoną gębę. – Jeżeli zamierzasz się ze mną pierdolić w tańcu, zdejmij tę żałosną maskę, Melpomeno. Przede mną nie musisz udawać. – Nie patrzył w oczy własnemu bratu, gdy wydawał na niego wyrok śmierci, nie musiał patrzyć w oczy kobietom, jeżeli brał je od tyłu – nie musiał też patrzeć w oczy Mildred Moody, które spoglądały na niego z twarzy koszmaru. – Bo dla mnie jesteś – i zawsze będziesz – oddech Alexandra owionął miękko policzek kobiety, zanim odsunął się gwałtownie, wyrywając jej kartę z ręki – nikim.
Nikim.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat