27.09.2024, 00:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2024, 16:10 przez Millie Moody.)
Iskra przeskoczyła, lecz drewno na które spadła, zwykle nasączone żywicą, lepkie i tak słodko responsywne na wszelkie prowokacje, nieoczekiwanie okazało się nasączone wodą.
Kłamstwo, to najlepsze, jest tylko odpowiednim nakierowaniem prawdy. Mildred wiedziała co się święci, spodziewała się ataku, spodziewała się zdemaskowania, więc mogła u progu swojej świadomości wielką misę tego co przerażało ją prawdziwie. Utrata brata, jego pogarda obmalowująca się na twarzy gdyby się dowiedział, odraza upodabniająca go tak bardzo do ich ojca. Gorzkie słowa, zerwanie więzi, która była dla niej świętsza niż życie każdej osoby znajdującej się na tej sali. To wszystko czekało. Jeszcze moment, jeszcze chwila...
Były inne drogi przejęcia kontroli, o których ten kutas nie miał zielonego pojęcia.
Gdy tylko złapał jej nadgarstek mocniej, twarz wykrzywił grymas zszokowania i bólu. Twarz wykrzywił grymas strachu, którego nigdy nie miał szansy smakować u Moody, w którym nie było jej do twarzy, pięknej, muśniętej magią Potterów. Tak innej od rozchełstanego dziewuszyska, które szwendało się za Rosie, z ochotą podejmując każdą rzuconą przez niego rękawicę brukając przestrzeń dźwiękową stekiem bluzg, celnie wymierzonych kopniaków czy ugryzień.
Karta pazia denarów upadła na chłodny parkiet, milczącą scenę pary błaznów.
– Niech mnie pan puści! – pisnęła głośno, szarpiąc się, bezwzględnie robiąc scenę, zwracając na nich uwagę tańczących par.
Sen drżał, sala zafalowała, gdy schwycona ptaszyna odwróciła się i pobiegła w kierunku przeszklonych drzwi prowadzących do ogrodu. Próżno było szukać na wyeksponowanych głębokim dekoltem plecach rozległej blizny w kształcie pioruna. Czy Moody dałaby ją sobie kiedykolwiek usunąć? Czy jej duma z bycia naznaczoną przez burzę ugięłaby się pod presją? Skąd miałaby w ogóle tu być? Czy nie zamknęli jej na stałe w Lecznicy Dusz?
Jej bieg nie trwał długo. Nie zdążyła zgubić żadnego z pantofelka, gdy okryło ją czarno-czerwone saari opiekuńczego ojcowskiego ramienia. Słodki toksyczny szept popłynął wprost do ucha pochylonego Niewymownego, gdy wsparła się o niego drżąca uwolnionymi emocjami, dłonią przyciskając do jego serca ukradzioną w zamieszaniu kartę. Ukradzioną prawdę o niej.
Kłamstwo, to najlepsze, jest tylko odpowiednim nakierowaniem prawdy. Mildred wiedziała co się święci, spodziewała się ataku, spodziewała się zdemaskowania, więc mogła u progu swojej świadomości wielką misę tego co przerażało ją prawdziwie. Utrata brata, jego pogarda obmalowująca się na twarzy gdyby się dowiedział, odraza upodabniająca go tak bardzo do ich ojca. Gorzkie słowa, zerwanie więzi, która była dla niej świętsza niż życie każdej osoby znajdującej się na tej sali. To wszystko czekało. Jeszcze moment, jeszcze chwila...
Były inne drogi przejęcia kontroli, o których ten kutas nie miał zielonego pojęcia.
Gdy tylko złapał jej nadgarstek mocniej, twarz wykrzywił grymas zszokowania i bólu. Twarz wykrzywił grymas strachu, którego nigdy nie miał szansy smakować u Moody, w którym nie było jej do twarzy, pięknej, muśniętej magią Potterów. Tak innej od rozchełstanego dziewuszyska, które szwendało się za Rosie, z ochotą podejmując każdą rzuconą przez niego rękawicę brukając przestrzeń dźwiękową stekiem bluzg, celnie wymierzonych kopniaków czy ugryzień.
Karta pazia denarów upadła na chłodny parkiet, milczącą scenę pary błaznów.
– Niech mnie pan puści! – pisnęła głośno, szarpiąc się, bezwzględnie robiąc scenę, zwracając na nich uwagę tańczących par.
Sen drżał, sala zafalowała, gdy schwycona ptaszyna odwróciła się i pobiegła w kierunku przeszklonych drzwi prowadzących do ogrodu. Próżno było szukać na wyeksponowanych głębokim dekoltem plecach rozległej blizny w kształcie pioruna. Czy Moody dałaby ją sobie kiedykolwiek usunąć? Czy jej duma z bycia naznaczoną przez burzę ugięłaby się pod presją? Skąd miałaby w ogóle tu być? Czy nie zamknęli jej na stałe w Lecznicy Dusz?
Jej bieg nie trwał długo. Nie zdążyła zgubić żadnego z pantofelka, gdy okryło ją czarno-czerwone saari opiekuńczego ojcowskiego ramienia. Słodki toksyczny szept popłynął wprost do ucha pochylonego Niewymownego, gdy wsparła się o niego drżąca uwolnionymi emocjami, dłonią przyciskając do jego serca ukradzioną w zamieszaniu kartę. Ukradzioną prawdę o niej.
Rzut Tarot 1d78 - 53
Ósemka Mieczy
Ósemka Mieczy