27.09.2024, 09:26 ✶
– Miałam na myśli pana i pańską rodzinę. Zakładałam, że niekoniecznie zna pan wszystkich handlarzy i dostawcy drewna w tym kraju – powiedziała Brenna, dalej nie przejawiając żadnej reakcji na jego przemowę. Mógł chcieć ją obrazić, mógł mieć specyficzne poczucie humoru, mógł być po prostu dziwny. Może w innych okolicznościach zaczęłaby się z nim przekomarzać, tak jak robiła to wtedy, gdy dyskutowali o wiewiórkach i szkodnikach, ale w tej chwili była w pracy, a jego nie znała, i to wymagało konkretnego zachowania. Chociaż przeszło jej przez głowę, że ciekawe czy to, co ostatnim razem brała za żarty, nie było z jego strony po prostu… sposobem bycia.
No cóż, Greengrassowie mieli swoje dziwactwa, dokładnie jak jej rodzina. Nie jej oceniać, prawda?
– Jeśli zastosowania są tak różne, muszą uderzać do większych dostawców, handlujących drewnem. Sprawdzę potem ich listę – podsumowała, przygryzając lekko końcówkę mugolskiego ołówka. Pióra i atrament były cholernie mało poręczne w terenie, nawet jeśli szanujący się czarodziej czystej krwi zwykle używał raczej właśnie takich. Nie było szans, aby ci tajemniczy rudzielce mieli tak szerokie znajomości, by tu współpracować ze sprzedawcą amuletów, tam z mistrzami eliksirów, gdzieś indziej do spirytystów. Wtedy byliby zbyt rozpoznawalni, sprawa szybko wypłynęłaby na wierzch, zapewne więc korzystali z jednego czy dwóch pośredników… i to dawało kolejny punkt zaczepienia w celu ich znalezienia.
Chociaż mogło to nie być ani trochę potrzebne, skoro Diabły z Kosmosu najwyraźniej mogły mieć w pobliżu obóz i jeśli nawet tam nie przebywały, można było znaleźć tam coś, co naprowadzi na ich ślad.
Brenna oderwała spojrzenie od swoich zapisków i przypatrywała się Ambroise’owi. Jej wyraz twarzy zastygł, wyrażając absolutną pustkę: można by pomyśleć, że w głowie młodej Brygadzistki nie ostała się ani jedna myśl. W istocie jednak myślała całkiem sporo, na przykład czy nie poznała dotąd Greengrassa, bo nie zapraszają go na żadne przyjęcia z obawy, że zrobi coś dziwnego – jak ogłosi, że gospodarze to w istocie jaszczuroludzie, udający tylko czarodziejów albo uzna noszenie ubrań za nienaturalne i stawi się zupełnie nagi. Czy może tylko naigrywał się z niej, niezadowolony, że przysłano tutaj kogoś koło dwudziestki, zamiast jakiegoś Detektywa z dwudziestoletnim stażem?
– Panie Greengrass, jest pan cywilem – powiedziała w końcu, takim bardzo łagodnym tonem. – Wolałabym, żeby pan nie ruszał na poszukiwania, eeee, diabłów z kosmosu. Nie powinnam zabierać pana na… przesłuchanie i być może aresztowanie podejrzanych. A z kolei jeśli pójdę sama, istnieje zagrożenie, że zdołają uciec.
Albo zrównają ją z ziemią – wprawdzie skoro trudnili się drwalnictwem, Brenna wątpiła, by byli utalentowani w pojedynkach, ale jednak istniała szansa, że skończyłaby tam jedna na czterech i wtedy moment pecha mógłby wystarczyć, aby ją rozwalili. Dlatego chciała wezwać drugą osobę. I póki co nie była świadoma bardzo mocnego postanowienia Ambroise’a, że on tam idzie i tak, więc jeszcze próbowała odwieść go od tego pomysłu. Nie żeby nie zdarzało się jej nagiąć procedur – w jej rodzinie niby prawie każdy był stróżem prawa, ale jednocześnie większość z nich miała… elastyczne podejście – ale Greengrassa w końcu nie znała.
No cóż, Greengrassowie mieli swoje dziwactwa, dokładnie jak jej rodzina. Nie jej oceniać, prawda?
– Jeśli zastosowania są tak różne, muszą uderzać do większych dostawców, handlujących drewnem. Sprawdzę potem ich listę – podsumowała, przygryzając lekko końcówkę mugolskiego ołówka. Pióra i atrament były cholernie mało poręczne w terenie, nawet jeśli szanujący się czarodziej czystej krwi zwykle używał raczej właśnie takich. Nie było szans, aby ci tajemniczy rudzielce mieli tak szerokie znajomości, by tu współpracować ze sprzedawcą amuletów, tam z mistrzami eliksirów, gdzieś indziej do spirytystów. Wtedy byliby zbyt rozpoznawalni, sprawa szybko wypłynęłaby na wierzch, zapewne więc korzystali z jednego czy dwóch pośredników… i to dawało kolejny punkt zaczepienia w celu ich znalezienia.
Chociaż mogło to nie być ani trochę potrzebne, skoro Diabły z Kosmosu najwyraźniej mogły mieć w pobliżu obóz i jeśli nawet tam nie przebywały, można było znaleźć tam coś, co naprowadzi na ich ślad.
Brenna oderwała spojrzenie od swoich zapisków i przypatrywała się Ambroise’owi. Jej wyraz twarzy zastygł, wyrażając absolutną pustkę: można by pomyśleć, że w głowie młodej Brygadzistki nie ostała się ani jedna myśl. W istocie jednak myślała całkiem sporo, na przykład czy nie poznała dotąd Greengrassa, bo nie zapraszają go na żadne przyjęcia z obawy, że zrobi coś dziwnego – jak ogłosi, że gospodarze to w istocie jaszczuroludzie, udający tylko czarodziejów albo uzna noszenie ubrań za nienaturalne i stawi się zupełnie nagi. Czy może tylko naigrywał się z niej, niezadowolony, że przysłano tutaj kogoś koło dwudziestki, zamiast jakiegoś Detektywa z dwudziestoletnim stażem?
– Panie Greengrass, jest pan cywilem – powiedziała w końcu, takim bardzo łagodnym tonem. – Wolałabym, żeby pan nie ruszał na poszukiwania, eeee, diabłów z kosmosu. Nie powinnam zabierać pana na… przesłuchanie i być może aresztowanie podejrzanych. A z kolei jeśli pójdę sama, istnieje zagrożenie, że zdołają uciec.
Albo zrównają ją z ziemią – wprawdzie skoro trudnili się drwalnictwem, Brenna wątpiła, by byli utalentowani w pojedynkach, ale jednak istniała szansa, że skończyłaby tam jedna na czterech i wtedy moment pecha mógłby wystarczyć, aby ją rozwalili. Dlatego chciała wezwać drugą osobę. I póki co nie była świadoma bardzo mocnego postanowienia Ambroise’a, że on tam idzie i tak, więc jeszcze próbowała odwieść go od tego pomysłu. Nie żeby nie zdarzało się jej nagiąć procedur – w jej rodzinie niby prawie każdy był stróżem prawa, ale jednocześnie większość z nich miała… elastyczne podejście – ale Greengrassa w końcu nie znała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.