27.09.2024, 22:03 ✶
W pewnym sensie poczuła ulgę, że podzieliła się już z Atreusem wszystkimi uzyskanymi informacjami. Zdążyła też rozmówić się z Patrickiem i wysmarować długi list do Mavelle i teraz… może niekoniecznie uważała, że akurat samo czekanie będzie najlepszym rozwiązaniem, ale chwilowo nie miała pomysłu, co jeszcze mogłaby zrobić. A to, w jaki sposób wiedza zdobyta w Afryce zostanie wykorzystana, nie zależało już od niej i postanowiła wyjątkowo tym pomartwić się trochę później.
– Co ty, Lauri twierdzi, że mogłaby w ten sposób zachwiać całym angielskim ekosystemem – stwierdziła, bo rozmowa o samych jaszczurkach była już znacznie… łatwiejsza niż o całej reszcie. Nie skomentowała i przejścia się na cmentarz, bo jednak nie podejrzewała, że Atreus naprawdę uznałby za doskonały pomysł tworzenie sobie własnych ghuli i wampirów. – Najwyraźniej mogłyby umrzeć albo wybić lokalne gatunki czy coś takiego. Ściągnęłam go, żeby na te jaszczurki popatrzył, bo trochę się bałam, że skoro ich źródło było specyficzne… to mogłoby się okazać, że nie wiem, na przykład trzeba je karmić ludzkim mięsem czy coś.
A wtedy jednak musiałaby je wybić. Na całe szczęście, według Prewetta nie miały tak specyficznej diety.
Uśmiechnęła się wesoło, trochę na wspomnienie wyjazdu – który, mimo tego, że złowieszczy uśmiech nekromantki wciąż ją dręczył, pod pewnymi względami stawał się teraz… dziwną anegdotą – trochę, bo uznawał za małe osiągnięcie tę bitkę z nekromantką rzucającą avadami. Przynajmniej mogła mu o tym powiedzieć bez obaw, że się przejmie.
– A nie, zwykły, nudny wyjazd. Poza tym, że na statku, jak płynęłyśmy do Afryki, znalazłam trupa. Nie chciałyśmy utknąć w porcie, więc zaczęłyśmy szukać winnych, ale w sumie to zanim na dobre zaczęłyśmy, najpierw przyznać się do morderstwa przyszła żona denata, potem jej służąca, a na końcu jeszcze córka, aż miałam ochotę posadzić je w jednym pomieszczeniu i kazać ustalać, która jest to zrobiła. No i nauczyłam się, żeby nigdy więcej nie kusić losu. Obiecałam Tori, że będzie mogła popatrzyć, jak goni mnie lew. I co? Jeden świstoklik od Anthony’ego się rozwalił, wyrzucił nas na jakimś pustkowiu i oczywiście, że wylądowałam tuż obok lwicy. Był też jeden afrykański czarodziej, co sobie uznał, że fajnie będzie mieć białą żonę… chyba na ten wyjazd planety jakoś dziwnie się ułożyły – stwierdziła z pewnym zamyśleniem, bo nawet jak na jej standardy, w ciągu tych paru dni wydarzyło się dużo niespodziewanego. Właściwie brakowało tam tylko Basiliusa Prewetta, wychodzącego zza jakiegoś drzewa, ale na całe szczęście, to nie był piątek trzynastego. - A tutaj zdarzyło się coś bardziej interesującego niż zwykle?
– Co ty, Lauri twierdzi, że mogłaby w ten sposób zachwiać całym angielskim ekosystemem – stwierdziła, bo rozmowa o samych jaszczurkach była już znacznie… łatwiejsza niż o całej reszcie. Nie skomentowała i przejścia się na cmentarz, bo jednak nie podejrzewała, że Atreus naprawdę uznałby za doskonały pomysł tworzenie sobie własnych ghuli i wampirów. – Najwyraźniej mogłyby umrzeć albo wybić lokalne gatunki czy coś takiego. Ściągnęłam go, żeby na te jaszczurki popatrzył, bo trochę się bałam, że skoro ich źródło było specyficzne… to mogłoby się okazać, że nie wiem, na przykład trzeba je karmić ludzkim mięsem czy coś.
A wtedy jednak musiałaby je wybić. Na całe szczęście, według Prewetta nie miały tak specyficznej diety.
Uśmiechnęła się wesoło, trochę na wspomnienie wyjazdu – który, mimo tego, że złowieszczy uśmiech nekromantki wciąż ją dręczył, pod pewnymi względami stawał się teraz… dziwną anegdotą – trochę, bo uznawał za małe osiągnięcie tę bitkę z nekromantką rzucającą avadami. Przynajmniej mogła mu o tym powiedzieć bez obaw, że się przejmie.
– A nie, zwykły, nudny wyjazd. Poza tym, że na statku, jak płynęłyśmy do Afryki, znalazłam trupa. Nie chciałyśmy utknąć w porcie, więc zaczęłyśmy szukać winnych, ale w sumie to zanim na dobre zaczęłyśmy, najpierw przyznać się do morderstwa przyszła żona denata, potem jej służąca, a na końcu jeszcze córka, aż miałam ochotę posadzić je w jednym pomieszczeniu i kazać ustalać, która jest to zrobiła. No i nauczyłam się, żeby nigdy więcej nie kusić losu. Obiecałam Tori, że będzie mogła popatrzyć, jak goni mnie lew. I co? Jeden świstoklik od Anthony’ego się rozwalił, wyrzucił nas na jakimś pustkowiu i oczywiście, że wylądowałam tuż obok lwicy. Był też jeden afrykański czarodziej, co sobie uznał, że fajnie będzie mieć białą żonę… chyba na ten wyjazd planety jakoś dziwnie się ułożyły – stwierdziła z pewnym zamyśleniem, bo nawet jak na jej standardy, w ciągu tych paru dni wydarzyło się dużo niespodziewanego. Właściwie brakowało tam tylko Basiliusa Prewetta, wychodzącego zza jakiegoś drzewa, ale na całe szczęście, to nie był piątek trzynastego. - A tutaj zdarzyło się coś bardziej interesującego niż zwykle?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.