27.09.2024, 22:22 ✶
– Moje przeprosiny, panie Greengrass. Założyłam, że to się zdarza – skwitowała krótko jak na siebie Brenna, hamując wzruszenie ramion. Powinna pamiętać, że Greengrassowie mieli jednak hopla na punkcie natury i pewnie próbowali ratować drzewa nawet, jeśli wydawało się, że przewróci je pierwsza lepsza wichura. Po prostu będzie musiała poszukać tego innymi źródłami, choćby zgłaszając się do Ollivanderów. – Oczywiście, po zamknięciu śledztwa wszystkie dokumenty zostaną państwu przekazane – odparła Brenna bez mrugnięcia okiem, uśmiechając się do niego przy tym promiennie, i wyglądała z tym uśmiechem absolutnie jak dzieciak, który jeszcze chodził do Hogwartu. Tak absolutnie niewinnie, niemożliwe, żeby podkreślała to zamknięcie śledztwa, bo nie do końca dowierzała, co Ambroise zrobiłby z tą listą sam, gdyby dostała się w jego ręce wcześniej, prawda?
– Znajomość terenu niewielkie ma znaczenie, kiedy może dojść do walki, panie Greengrass. Poza tym też znam Knieję, nawet jeżeli nie umiem rozmawiać z okolicznymi drzewami – stwierdziła przekrzywiając głowę, odrobinę mocniej niż zrobiłaby to większość ludzi, odruch zakorzeniony w niej po części z powodu animagii. Greengrassowie należeli do Kniei, ale ona też krążyła po tym lesie, odkąd była małym dzieckiem. Nie znała imion, jakie nosiły drzewa: nie umiała nazwać każdego krzewu i każdej rośliny. Ale znała tu wszystkie ścieżki, umiała znaleźć rzeki i jeziora, i wiedziała, których fragmentów Kniei lepiej jest unikać.
Też była tutaj uparta, nie podobała się jej wizja kogoś, o kogo umiejętnościach nie miała pojęcia w potencjalnym starciu, nie mówiąc już o cywilu asystującym przy aresztowaniu, chociaż przewagą Greengrassa był fakt, że nie skończyła nawet dwudziestu lat. Za jakieś dwa, trzy lata Brenna miała stać się już osobą, która w takiej sytuacji zwyczajnie Ambroisa przykułaby do najbliższego drzewa, żeby mógł trochę się z nim pointegrować i nie pchał gdzieś, gdzie wchodzić nie powinien. Ale jeszcze nią nie była.
– Czy jeżeli teraz pójdę wezwać wsparcie, pan ruszy sam na południe? – spytała więc po chwili, w głębi ducha odczuwając pewną rezygnację. Bo zdecydowanie nie powinna pozwolić, aby Ambroise Greengrass wraz z nią ruszył w Knieję tam, gdzie mogli znajdować się podejrzani o popełnienie tutaj przestępstwa. Nie dopuszcza się ofiar w pobliże podejrzanych, bo i podejrzani mogli zrobić im krzywdę, i ofiarę mogły ponieść emocje. A dochodziło jeszcze to, że nie wiedziała, na ile tamci są niebezpieczni, a on był cywilem. Ale tym bardziej nie mogła dopuścić do tego, że Ambroise przypadkiem zdoła trafić do kryjówki drwali, kiedy tylko ona odwróci się do niego plecami. Bo kto wie, może drzewa faktycznie wyszeptają mu to i owo, skoro ona już wskazała kierunek i widział, w którą stronę wcześniej pobiegła…?
– Znajomość terenu niewielkie ma znaczenie, kiedy może dojść do walki, panie Greengrass. Poza tym też znam Knieję, nawet jeżeli nie umiem rozmawiać z okolicznymi drzewami – stwierdziła przekrzywiając głowę, odrobinę mocniej niż zrobiłaby to większość ludzi, odruch zakorzeniony w niej po części z powodu animagii. Greengrassowie należeli do Kniei, ale ona też krążyła po tym lesie, odkąd była małym dzieckiem. Nie znała imion, jakie nosiły drzewa: nie umiała nazwać każdego krzewu i każdej rośliny. Ale znała tu wszystkie ścieżki, umiała znaleźć rzeki i jeziora, i wiedziała, których fragmentów Kniei lepiej jest unikać.
Też była tutaj uparta, nie podobała się jej wizja kogoś, o kogo umiejętnościach nie miała pojęcia w potencjalnym starciu, nie mówiąc już o cywilu asystującym przy aresztowaniu, chociaż przewagą Greengrassa był fakt, że nie skończyła nawet dwudziestu lat. Za jakieś dwa, trzy lata Brenna miała stać się już osobą, która w takiej sytuacji zwyczajnie Ambroisa przykułaby do najbliższego drzewa, żeby mógł trochę się z nim pointegrować i nie pchał gdzieś, gdzie wchodzić nie powinien. Ale jeszcze nią nie była.
– Czy jeżeli teraz pójdę wezwać wsparcie, pan ruszy sam na południe? – spytała więc po chwili, w głębi ducha odczuwając pewną rezygnację. Bo zdecydowanie nie powinna pozwolić, aby Ambroise Greengrass wraz z nią ruszył w Knieję tam, gdzie mogli znajdować się podejrzani o popełnienie tutaj przestępstwa. Nie dopuszcza się ofiar w pobliże podejrzanych, bo i podejrzani mogli zrobić im krzywdę, i ofiarę mogły ponieść emocje. A dochodziło jeszcze to, że nie wiedziała, na ile tamci są niebezpieczni, a on był cywilem. Ale tym bardziej nie mogła dopuścić do tego, że Ambroise przypadkiem zdoła trafić do kryjówki drwali, kiedy tylko ona odwróci się do niego plecami. Bo kto wie, może drzewa faktycznie wyszeptają mu to i owo, skoro ona już wskazała kierunek i widział, w którą stronę wcześniej pobiegła…?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.