17.01.2023, 19:05 ✶
- Tak. Raczej tak. Ewentualnie moja dobra siostra bliźniaczka. O której istnieniu nikt nie miał pojęcia – odparła Mackenzie, gdy już pozbierała się z podłogi i upewniła, że ani o nic się nie potknie, ani nie wypuści z rąk pakunków. – Nie wiedziałam, że zostałeś aktorem.
Umiejętność zrozumienia ludzkich zachowań nie była czymś, w czym Greengrass celowała. Prawdę mówiąc, była w tym beznadziejna. Jąkanie się i informacja o ćwiczeniach do roli zdały się jej więc trochę dziwne, ale… tak, była w stanie uwierzyć, że Lovegood wita przypadkowych ludzi tekstami, które ćwiczył do przedstawienia. Albo że takie powitania po prostu leżały w jego charakterze. Zresztą informacja, że tutaj mieszkał, faktycznie dość skutecznie odwróciła jej uwagę, bo nie spodziewała się zastać tutaj kogoś znajomego równie mocno, jak on sam. Albo nawet mocniej. Theodore przecież zawsze był przecież tym towarzyskim chłopcem, który każdego lubił i którego lubili wszyscy inni, a Mackenzie tą, która po godzinie w towarzystwie więcej niż dwóch osób (jeżeli nie chodziło o trening) musiała iść dla uspokojenia pogłaskać sobie roślinki. Nawet w tak małej społeczności jak londyński światek magiczny nie miała bardzo wielu znajomych. Nie musiał się nawet szczególnie starać, żeby ją rozproszyć.
- Mhm... tak, nie spodziewałam się. Ciebie tutaj – podsumowała elokwentnie jego wypowiedzi, co wynikało w dużej mierze z tego, że mówił tak dużo i tak szybko, że nie do końca nadążała i zupełnie się pogubiła w powodzi słów. Wyłapała oczywiście coś o „zakładzie miotlarskim”, bo rzecz jasna ten punkt doskonale znała i o pubie, bo na niego też zwróciła uwagę, gdy wybierała tę lokalizację, choć nie była przekonana, czy akurat ten bar będzie dobrym miejscem dla niej. Reszta jednak jakoś uleciała. W zachwalaniu okolicy za to nie dopatrzyła się niczego podejrzanego, bo czy to nie pasowało do Theodore’a Lovegooda?
- Dziękuję – powiedziała po pokonaniu paru stopni w ślad za nim, gdy poniewczasie dotarło do niej, że za uwolnienie od tych paczek prawdopodobnie należało się podziękowanie. – Mam moje rośliny, chociaż w parę kursów powinnam dać radę – zapewniła, podpierając pudła o ścianę, by wydobyć klucze.
Mieszkanie numer pięć było mało nowoczesne i trochę puste, a przynajmniej w takim stanie było największe pomieszczenie, do którego wchodziło się z korytarza, pełniące jednocześnie funkcję salonu, kuchni i jadalni. Mackenzie wpadła tutaj wcześniej raz i pozbyła się bezlitośnie bardzo brzydkiego dywanu i jeszcze brzydszych zasłon, a różne dziwne obrazki i bibeloty spakowała i wrzuciła do kartonu, czekającego na wyniesienie. W konsekwencji w tej chwili znajdowała się tu dość wysłużona kanapa, stare krzesła, jeszcze starszy drewniany stół, należące do poprzedniej lokatorki i – nie licząc kuchennych szafek oraz blatów – nic więcej.
Ten stan rzeczy nie miał potrwać długo, bo Mackenzie planowała wyhodować tutaj istną dżunglę.
- Daj to tutaj, proszę – poprosiła, ostrożnie układając swoje pakunki na stole. Tak na wszelki wypadek uniosła jeszcze pokrywkę podłużnego pudła, w którym znajdował się najnowszy model Nimbusa. Chciała się upewnić, czy przy transporcie nie wykrzywiła się przypadkiem żadna witka. Dbała o tę miotłę wręcz obsesyjnie: była niemal nowa, zabójczo droga i gdyby coś się jej stało, Mackenzie nie miałaby po co pojawiać się na najbliższym meczu. Ta miotła stanowiła dość spory kontrast wobec używanych mebli czy nawet znoszonego płaszcza Greengrass.
Umiejętność zrozumienia ludzkich zachowań nie była czymś, w czym Greengrass celowała. Prawdę mówiąc, była w tym beznadziejna. Jąkanie się i informacja o ćwiczeniach do roli zdały się jej więc trochę dziwne, ale… tak, była w stanie uwierzyć, że Lovegood wita przypadkowych ludzi tekstami, które ćwiczył do przedstawienia. Albo że takie powitania po prostu leżały w jego charakterze. Zresztą informacja, że tutaj mieszkał, faktycznie dość skutecznie odwróciła jej uwagę, bo nie spodziewała się zastać tutaj kogoś znajomego równie mocno, jak on sam. Albo nawet mocniej. Theodore przecież zawsze był przecież tym towarzyskim chłopcem, który każdego lubił i którego lubili wszyscy inni, a Mackenzie tą, która po godzinie w towarzystwie więcej niż dwóch osób (jeżeli nie chodziło o trening) musiała iść dla uspokojenia pogłaskać sobie roślinki. Nawet w tak małej społeczności jak londyński światek magiczny nie miała bardzo wielu znajomych. Nie musiał się nawet szczególnie starać, żeby ją rozproszyć.
- Mhm... tak, nie spodziewałam się. Ciebie tutaj – podsumowała elokwentnie jego wypowiedzi, co wynikało w dużej mierze z tego, że mówił tak dużo i tak szybko, że nie do końca nadążała i zupełnie się pogubiła w powodzi słów. Wyłapała oczywiście coś o „zakładzie miotlarskim”, bo rzecz jasna ten punkt doskonale znała i o pubie, bo na niego też zwróciła uwagę, gdy wybierała tę lokalizację, choć nie była przekonana, czy akurat ten bar będzie dobrym miejscem dla niej. Reszta jednak jakoś uleciała. W zachwalaniu okolicy za to nie dopatrzyła się niczego podejrzanego, bo czy to nie pasowało do Theodore’a Lovegooda?
- Dziękuję – powiedziała po pokonaniu paru stopni w ślad za nim, gdy poniewczasie dotarło do niej, że za uwolnienie od tych paczek prawdopodobnie należało się podziękowanie. – Mam moje rośliny, chociaż w parę kursów powinnam dać radę – zapewniła, podpierając pudła o ścianę, by wydobyć klucze.
Mieszkanie numer pięć było mało nowoczesne i trochę puste, a przynajmniej w takim stanie było największe pomieszczenie, do którego wchodziło się z korytarza, pełniące jednocześnie funkcję salonu, kuchni i jadalni. Mackenzie wpadła tutaj wcześniej raz i pozbyła się bezlitośnie bardzo brzydkiego dywanu i jeszcze brzydszych zasłon, a różne dziwne obrazki i bibeloty spakowała i wrzuciła do kartonu, czekającego na wyniesienie. W konsekwencji w tej chwili znajdowała się tu dość wysłużona kanapa, stare krzesła, jeszcze starszy drewniany stół, należące do poprzedniej lokatorki i – nie licząc kuchennych szafek oraz blatów – nic więcej.
Ten stan rzeczy nie miał potrwać długo, bo Mackenzie planowała wyhodować tutaj istną dżunglę.
- Daj to tutaj, proszę – poprosiła, ostrożnie układając swoje pakunki na stole. Tak na wszelki wypadek uniosła jeszcze pokrywkę podłużnego pudła, w którym znajdował się najnowszy model Nimbusa. Chciała się upewnić, czy przy transporcie nie wykrzywiła się przypadkiem żadna witka. Dbała o tę miotłę wręcz obsesyjnie: była niemal nowa, zabójczo droga i gdyby coś się jej stało, Mackenzie nie miałaby po co pojawiać się na najbliższym meczu. Ta miotła stanowiła dość spory kontrast wobec używanych mebli czy nawet znoszonego płaszcza Greengrass.