03.11.2024, 14:07 ✶
Emocje były dziwaczne i tak bardzo skomplikowane, że Crow nie do końca potrafił sobie z nimi poradzić. No i przede wszystkim - nie potrafił ich zrozumieć, odczytać z własnego serca, co za tym szło - jego zrozumienie scen mających za moment nadejść była znikoma. Tak sobie pomyślał: śmierć ludzka najwyraźniej nie wywoływała w nim już takich emocji jak kiedyś. Bo nie czuł nic, a przecież zawsze coś czuł, tak głęboko, intensywnie. Tylko po to, żeby teraz nie czuć nic? Ale ta pustka, nicość wypełniająca go teraz od stóp do głowy, to również był znak, że nie dzieje się z nim zbyt dobrze. Gdzieś w tej scenie czaił się smutek, który narośnie z czasem, kiedy do Crowa dotrze, że ci ludzie porozbijani o ściany jaskini byli tym, czego tak bardzo chciał unikać. Nie był na tyle głupi, aby sądzić, że każdy z nich miał wobec świata dobre zamiary, ale istniało w nim tyle naiwności, aby mieć nadzieję na... może nie całkowitą czystość ich intencji, ale na pewno nie na okrucieństwo. Ludzi przyprowadzały w takie miejsca różne motywacje - od chęci obrony królestwa, po pragnienie zarobku, Crow nie potrafił winić ich za każde z nich. Chcieli poprawić jakość swojego życia i robili to własnymi rękoma, sięgając po to, czego bali się inni.
Gdyby ten smok zginął, ich życia stałyby się lepsze.
Ten fakt, mimo wszystkich tych myśli, jakie zaszczepiło w nim spotkanie z Cainem, odbijał się właśnie echem od ścian jego głowy, głośniej niż fakt, że przed chwilą Wiedźmin szarpnął go za ramię w strachu, a oni omal nie zginęli. Ci rycerze też mogli być już martwi. Dlaczego to zawsze musiało tak wyglądać? Dlaczego w imię ambicji kogoś innego ginąć musiały pionki, a ci na samej górze trwali, trwali i trwali, nienaruszeni, wolni...
Z letargu w jaki wpadł wyciągnęło go zbliżenie się do niego Fontaine. Oczywiście, że wiedziała co tutaj zaszło i gdybała teraz w głowie kiedy Crow zamiast wykonać polecenie jak zawsze, wycofał się w kierunku Wiedźmina i złapał go za rękę. Niestety nawet uścisk tej dłoni nie był w stanie zatrzymać drżenia w jakie wpadł, a to drżenie poniosło się echem po ścianach jaskini, drżącej teraz razem z nim. Niebezpiecznie. Już teraz kilka mniejszych kamieni osunęło się obok nich, a skały robiące w smoczym leżu za ściany pękały powoli niczym skorupa.
Nie mogła tego wiedzieć, na pewno by tego nie zrozumiała w stanie, do którego się doprowadziła, ale postawiony pomiędzy dwójką swoich kochanków, czarownik wcale nie gdybał nad tym do kogo powinien się zbliżyć, czy popełnił jakiś błąd.
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno, Crow, ale... Ty znów mylisz niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Ziemia pod ich stopami zadrżała, ale to wcale nie słowa Czarnej Wiedźmy sprawiły, że ponownie tracił panowanie nad własną magią. Rozbrajała go konieczność zaciśnięcia oczu na widok kolejnego poległego człowieka ścierającego się ze smokiem. Właśnie dlatego lubił chodzić na takie zadania sam. Bo nikt nie musiał umierać, wystarczyło to wszystko dobrze przemyśleć, zamiast siekać mieczem łuski na oślep. Nawet najsilniejsi mieli swoje słabe punkty. Wystarczyłoby zasiąść na łbie tego smoka, żeby ci ludzie wrócili do domu z workiem pieniędzy i odmienili swoje życia na lepsze - to było tak mało, dwa ciosy wymierzone w oczy, ale...
Czy miłość takie rzeczy wybaczała? Czy palce Wiedźmina zaciskałyby się na jego gdyby wiedział jakie myśli przechodziły teraz przez umysł czarownika, czy by go... Nie chciało mu to słowo dać spokoju... Czy by go...
- Nie! - Zaskomlał nagle, odpowiadając temu potworowi, który znów szeptał mu najgorsze z możliwych zakończeń. Szarpnął ręką, złapał się za głowę i spróbował z całej siły zebrać w sobie na powrót to wszystko, co rozeszło się od niego na boki, ale dla tego miejsca było już chyba za późno.
Wykonał zamaszysty ruch ręką, który uratował jednego z najemników od ostatecznego ciosu gadzich pazurów, ale jednoczenie nie dał ostrzu miecza przebić czegokolwiek innego niż ziemi - wbił go pomiędzy głazy niczym Excalibur. I to był chyba ten moment, w którym Fontaine musiała zrozumieć, że cokolwiek powiedziała nie trafiło do niego nigdy. Ten bezimienny mężczyzna uciekający teraz w kierunku wyjścia był dla niego ważniejszy niż jej bliskość. Bardzo szybko przestała mieć w tej historii jakiekolwiek znaczenie. Była klatką trzymającą go w miejscu, ale zaraz przestanie nią być, bo Crow wciągał w siebie wszystko. Fale. Wibracje. Wciągał w siebie wszystko to co stworzył i tę barierę.
I bardzo chciałby krzyknąć, żeby wszyscy stać uciekli, niezależnie od ilości nóg, serc i zębów. Mankament był taki, że krzyczeć nie potrafił. Charyzmy nie posiadał za grosz, ale posiadał głowę gwarantującą, że miał już jakiś plan, tylko potrzebował jeszcze chwili, jeszcze kilku sekund.
Gdyby ten smok zginął, ich życia stałyby się lepsze.
Ten fakt, mimo wszystkich tych myśli, jakie zaszczepiło w nim spotkanie z Cainem, odbijał się właśnie echem od ścian jego głowy, głośniej niż fakt, że przed chwilą Wiedźmin szarpnął go za ramię w strachu, a oni omal nie zginęli. Ci rycerze też mogli być już martwi. Dlaczego to zawsze musiało tak wyglądać? Dlaczego w imię ambicji kogoś innego ginąć musiały pionki, a ci na samej górze trwali, trwali i trwali, nienaruszeni, wolni...
Z letargu w jaki wpadł wyciągnęło go zbliżenie się do niego Fontaine. Oczywiście, że wiedziała co tutaj zaszło i gdybała teraz w głowie kiedy Crow zamiast wykonać polecenie jak zawsze, wycofał się w kierunku Wiedźmina i złapał go za rękę. Niestety nawet uścisk tej dłoni nie był w stanie zatrzymać drżenia w jakie wpadł, a to drżenie poniosło się echem po ścianach jaskini, drżącej teraz razem z nim. Niebezpiecznie. Już teraz kilka mniejszych kamieni osunęło się obok nich, a skały robiące w smoczym leżu za ściany pękały powoli niczym skorupa.
Nie mogła tego wiedzieć, na pewno by tego nie zrozumiała w stanie, do którego się doprowadziła, ale postawiony pomiędzy dwójką swoich kochanków, czarownik wcale nie gdybał nad tym do kogo powinien się zbliżyć, czy popełnił jakiś błąd.
- Miłość kpi sobie z rozsądku. I w tym jej urok i piękno, Crow, ale... Ty znów mylisz niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
Ziemia pod ich stopami zadrżała, ale to wcale nie słowa Czarnej Wiedźmy sprawiły, że ponownie tracił panowanie nad własną magią. Rozbrajała go konieczność zaciśnięcia oczu na widok kolejnego poległego człowieka ścierającego się ze smokiem. Właśnie dlatego lubił chodzić na takie zadania sam. Bo nikt nie musiał umierać, wystarczyło to wszystko dobrze przemyśleć, zamiast siekać mieczem łuski na oślep. Nawet najsilniejsi mieli swoje słabe punkty. Wystarczyłoby zasiąść na łbie tego smoka, żeby ci ludzie wrócili do domu z workiem pieniędzy i odmienili swoje życia na lepsze - to było tak mało, dwa ciosy wymierzone w oczy, ale...
Czy miłość takie rzeczy wybaczała? Czy palce Wiedźmina zaciskałyby się na jego gdyby wiedział jakie myśli przechodziły teraz przez umysł czarownika, czy by go... Nie chciało mu to słowo dać spokoju... Czy by go...
- Nie! - Zaskomlał nagle, odpowiadając temu potworowi, który znów szeptał mu najgorsze z możliwych zakończeń. Szarpnął ręką, złapał się za głowę i spróbował z całej siły zebrać w sobie na powrót to wszystko, co rozeszło się od niego na boki, ale dla tego miejsca było już chyba za późno.
Wykonał zamaszysty ruch ręką, który uratował jednego z najemników od ostatecznego ciosu gadzich pazurów, ale jednoczenie nie dał ostrzu miecza przebić czegokolwiek innego niż ziemi - wbił go pomiędzy głazy niczym Excalibur. I to był chyba ten moment, w którym Fontaine musiała zrozumieć, że cokolwiek powiedziała nie trafiło do niego nigdy. Ten bezimienny mężczyzna uciekający teraz w kierunku wyjścia był dla niego ważniejszy niż jej bliskość. Bardzo szybko przestała mieć w tej historii jakiekolwiek znaczenie. Była klatką trzymającą go w miejscu, ale zaraz przestanie nią być, bo Crow wciągał w siebie wszystko. Fale. Wibracje. Wciągał w siebie wszystko to co stworzył i tę barierę.
I bardzo chciałby krzyknąć, żeby wszyscy stać uciekli, niezależnie od ilości nóg, serc i zębów. Mankament był taki, że krzyczeć nie potrafił. Charyzmy nie posiadał za grosz, ale posiadał głowę gwarantującą, że miał już jakiś plan, tylko potrzebował jeszcze chwili, jeszcze kilku sekund.
Oh darling, it's so sweet
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.
you think you know how crazy I am.
My mind is a hall of mirrors.