28.09.2024, 16:24 ✶
Spał. Potem porozmawiali. Potem chyba znowu spał, choć tym razem był to sen o wiele bardziej wartościowy, o wiele bardziej... wyciszający.
Ale przyszła pora obiadu. Cały czas nie wiedział co ze sobą zrobić do końca w tym wszystkim, cały czas był też przytłumiony eliksirami, umęczony nocą, umęczony kotłem myśli i rozluźnieniem, które później nadeszło. Miał też w sobie cień niepokoju, bo zapas eliksirów uspokajających, które gwarantowały jego rodzinie bezpieczeństwo skończył się z wczorajszą nocą.
Czy powinien odmówić?
Nie chciał odmawiać. Skinął głową i ruszył za Norą, trzymając ją kurczowo za rękę, garbiąc się tak, jakby chciał się ukryć za swoją drobną, jasnowłosą kobietą. Wyglądał dziwnie, trochę jak pochylone drzewo, o jasnej korze i przekrwionych oczach. Znów miał stare ubranie, niebieską koszulę w kratę sztywną od soli morza i łez, twarde robocze jeasny, które aż dziw, że nie skrzypiły przy każdym kroku.
Podążał za nią wiernie, a gdy ruszyła witać innych sięgnął po różdżkę i zaczął kształtować sobie na dłoni kwiaty. Z układem korzeniowym, z pięknymi liśćmi w pełnym detalu. Zależało mu na tym, by dać upust zgromadzonej przez odpoczynek energii, by spróbować w niegroźny sposób zabezpieczyć się, nim czekać go będzie kolejna walka, kolejne społeczne starcie z bliskimi Nory. Z Mabel.
Przejechał językiem nerwowo po spierzchniętych z nerwów ustach, wciąż manipulując różdżką i nie witając się z zebranymi, w napięciu, w oczekiwaniu, w zagubieniu tym co i jak i kiedy powinno się mówić i w jakich okolicznościach i komu i dlaczego. Gdyby mógł zamieniłby się w drzewo, albo w pnącza, które wrosłyby na stałe w futrynę tego miejsca. Najgorszy był fakt, że jego marzenie zniknięcia można było bardzo łatwo zrezalizować. Wystarczyłoby czuć odrobinę za dużo...
Tupot z górnego piętra wyrwał go z otępienia. Zadarł głowę. Serce waliło mu młotem, a w oczach zebrały się łzy.
Nie dam rady.
Zdołał pomyśleć, nim sięgnął po magię, która zawsze przynosiła ukojenie.
Był człowiek. Nie było człowieka. Na ramieniu Nory przysiadł niewielki krogulec o płowych niebieskich piórkach, nerwowo poprawiając nóżki na jej ramieniu tak aby przypadkiem nie naruszyć delikatnej materii sukienki, a już broń Kniejo zadrapać białą skórę. Pomarańczowym oczkiem łypał to na rodzeństwo Longbottomów, to na Thomasa, przekrzywiając główkę i poprawiając ułożenie skrzydeł.
Zaraz ochłonie, zaraz się przyzwyczai. Zaraz wszystko będzie normalnie.
Czasem dobrze było mieć ptasi móżdżek.
Ale przyszła pora obiadu. Cały czas nie wiedział co ze sobą zrobić do końca w tym wszystkim, cały czas był też przytłumiony eliksirami, umęczony nocą, umęczony kotłem myśli i rozluźnieniem, które później nadeszło. Miał też w sobie cień niepokoju, bo zapas eliksirów uspokajających, które gwarantowały jego rodzinie bezpieczeństwo skończył się z wczorajszą nocą.
Czy powinien odmówić?
Nie chciał odmawiać. Skinął głową i ruszył za Norą, trzymając ją kurczowo za rękę, garbiąc się tak, jakby chciał się ukryć za swoją drobną, jasnowłosą kobietą. Wyglądał dziwnie, trochę jak pochylone drzewo, o jasnej korze i przekrwionych oczach. Znów miał stare ubranie, niebieską koszulę w kratę sztywną od soli morza i łez, twarde robocze jeasny, które aż dziw, że nie skrzypiły przy każdym kroku.
Podążał za nią wiernie, a gdy ruszyła witać innych sięgnął po różdżkę i zaczął kształtować sobie na dłoni kwiaty. Z układem korzeniowym, z pięknymi liśćmi w pełnym detalu. Zależało mu na tym, by dać upust zgromadzonej przez odpoczynek energii, by spróbować w niegroźny sposób zabezpieczyć się, nim czekać go będzie kolejna walka, kolejne społeczne starcie z bliskimi Nory. Z Mabel.
Przejechał językiem nerwowo po spierzchniętych z nerwów ustach, wciąż manipulując różdżką i nie witając się z zebranymi, w napięciu, w oczekiwaniu, w zagubieniu tym co i jak i kiedy powinno się mówić i w jakich okolicznościach i komu i dlaczego. Gdyby mógł zamieniłby się w drzewo, albo w pnącza, które wrosłyby na stałe w futrynę tego miejsca. Najgorszy był fakt, że jego marzenie zniknięcia można było bardzo łatwo zrezalizować. Wystarczyłoby czuć odrobinę za dużo...
Tupot z górnego piętra wyrwał go z otępienia. Zadarł głowę. Serce waliło mu młotem, a w oczach zebrały się łzy.
Nie dam rady.
Zdołał pomyśleć, nim sięgnął po magię, która zawsze przynosiła ukojenie.
Był człowiek. Nie było człowieka. Na ramieniu Nory przysiadł niewielki krogulec o płowych niebieskich piórkach, nerwowo poprawiając nóżki na jej ramieniu tak aby przypadkiem nie naruszyć delikatnej materii sukienki, a już broń Kniejo zadrapać białą skórę. Pomarańczowym oczkiem łypał to na rodzeństwo Longbottomów, to na Thomasa, przekrzywiając główkę i poprawiając ułożenie skrzydeł.
Zaraz ochłonie, zaraz się przyzwyczai. Zaraz wszystko będzie normalnie.
Czasem dobrze było mieć ptasi móżdżek.