Uff, jebła. Tak, musiała za którymś razem trafić, nie wiedziała, czy za pierwszym, czy za drugim, ale udało jej się. Karafka rozsypała się w drobny mak, a alkohol rozlał się po podłodze. Przyszła pani maruda i niszczycielka dobrej zabawy. Wiedziała, że nie powinna się w to angażować, ale jednak nie mogła pozwolić na to, żeby jej brat zrobił coś naprawdę głupiego. Sorry Astaroth, dzisiaj to ty byłeś tym złym.
- Mówiłam kurwa, żebyś nie ruszał mojego chłopaka. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Tak, może nie obecnego, ale byłego, nie zmieniało to nadal faktu, że Ambroise był w jakiśkolwiek sposób jej, a ona nie lubiła, kiedy ktoś ruszał to, co należało do niej.
Wiedziała, że to był tylko chwilowy sukces bo kutas to znaczy jej brat nadal nie stracił przytomności. Musieli jakoś go obezwładnić, bo czuła, że to co zrobiła przed chwilą mogło go jeszcze bardziej rozzłościć. Wolała nie mierzyć się z wkurwionym wampirem, bo to mogło skończyć się jeszcze gorzej. Zresztą ona też powoli zaczynała naprawdę mieć dość tej całej sytuacji, bo w tym miejscu nie powinno dochodzić do takich scysji.
Gerry nie należała do cierpliwych osób, więc postanowiła wybrać jedyną opcję, która nasunęła jej się na myśl. Skoczyła mu na plecy, daleko nie miała, a właściwie to wbiła w nie swoje kolano, tak by go to zabolało, oraz nie był w stanie się ruszyć, nie miała pojęcia, gdzie ma różdżkę, nie miała czasu jej szukać, bo tak to zapewne wyczarowałaby magiczne więzy, które utrzymałyby go przy parkiecie. Nie była mistrzem pacyfikacji - zdecydowanie.
Sukces!