- Idealnie trafiasz w moje gusta, Greengrass. - Jeszcze nie wiedziała, jaką konkretnie butelką dla niej miał, ale nie było to ważne, na pewno trafił w jej upodobania. Każda droższa whisky była lepsza od tego, co zdarzało jej się pić na Nokturnie. Oczywiście, że gardziła tymi szczynami, które zdarzało jej się pijać, bo jej arystokratyczne podniebienie było przyzwyczajone do czegoś innego. Ojciec miał gust, jako, że pierwszy alkohol który piła to był ten wykradziony z jego barku, to przyzwyczaiła się raczej do trunków z wyższej półki (no, chyba, że nie było nic innego). Można więc rzecz, że po prostu była elastyczna, bo niby miała francuskie podniebienie, ale nie należała do tych czystokrwistych, którzy byli jakoś mocno wsiąknięci w ten świat, zaznała w swoim krótkim życiu naprawdę wiele, szczególnie podczas swoich podróży, gdzie wcale nie było tak kolorowo. Miała wyjątkowo twardą dupę, bo spotykały ją naprawdę różne sytuacje, w których nie każdy by się odnalazł. Wiedziała, że liczy się coś więcej niż konwenanse i pozory, którymi żyli tacy jak oni, a przynajmniej większość z nich.
Może i było to dosyć niespodziewane, ale Yaxleyówna miała teraz wyjątkowo dobry humor, potrafiła rzucać komplementami jak z rękawa, kiedy czuła, że ktoś na to zasługuje. Pojawienie się tutaj Ambroise'a zmieniło jej nastawienie do tego dnia, który miała za stracony, nim się tutaj pojawił. Miała go spędzić, jak jeden z wielu, nic nie znaczących dni, w jego towarzystwie jednak te urodziny robiły się nieco bardziej wyjątkowe. Pojawił się tu z tymi prezentami, chociaż nie musiał. Chciała to docenić, zależało jej na tym, aby wiedział, że dla niej to jest ważne, chociaż mogła mówić, że w nosie ma to, czy ktoś faktycznie o niej pamięta, to wcale tak nie było. Nikt nie lubił, kiedy się o nim zapominało.
Wzruszyła jedynie ramionami, słysząc jego kolejny komentarz. - Zauważyłabym pewnie, gdyby coś było popsute, chociaż kto wie. - Łatwiej było to zwalić na wątpliwą jakość napitków, niżeli przyznawać się do tego, że faktycznie tak myślała, szczególnie, że widziała, że zwróciło to jego uwagę. Zamierzała zacząć się znowu pilnować, bo najwyraźniej przez jej słowa pojawiła się konsternacja i wątpliwości, co do jasności jej myśli.
- Laicy, nie wiedzą, że nie potrzeba okazji, żeby się nawalić. - To znaczy, że zawsze mogła się jakaś znaleźć. Chujowy dzień, dobry dzień, średni dzień. Ona sama nie potrzebowała wielkich świąt, aby mieć powód, żeby wlewać w siebie alkohol, co zresztą robiła dosyć często. W ten sposób najłatwiej było jej zagłuszać myśli, chociaż na chwilę je tłumić. Nie była może to szczególnie zdrowa metoda, ale działała, pozwalała zasnąć, tylko to było istotne.
- O, czyli ty masz jeszcze gorzej niż ja. - Nie przypominał jej, pierwszy raz podzielił się z nią tą informacją, nie miała pojęcia, że ma doświadczenie z sabatowymi urodzinami, to też sporo wyjaśniało, pewnie wiele razy zapominano o jego urodzinach tak jak o jej. - Mów, który sabat jest twoim ulubionym. - Tak, chodziło jej bardziej, o to którego nie lubi, bo wypada niedaleko daty jego urodzin. W ten pokrętny sposób próbowała dowiedzieć się, kiedy będzie mogła mu się odwdzięczyć za te prezenty urodzinowe, które od niego dostała. Czuła, że nawet, jeśli będzie to Yule, czy Imbolc to nadal będą utrzymywać kontakt, oby taki bliski, a nawet jeśli nie, to już sobie założyła, że zrobi mu jakąś niespodziankę na urodziny, aby te przyszłe zapamiętał jako naprawdę wyjątkowe. Tak robili przyjaciele, prawda? Dbali o siebie, no tylko najpierw musiała wyciągnąć z niego datę urodzin, bo jak przystało na prawdziwą przyjaciółkę, to jeszcze jej nie poznała.
- Może? - Może tak, może nie, takie odpowiedzi też były bardzo w ich stylu, coś na zasadzie domyśl się, jak przystało na bardzo dorosłych ludzi, którzy nie mieli problemu z mówieniem tego, co mieli na myśli. - Nie trzeba urodzin do mówienia komuś, że ma ładne oczy, Roise. - Nie wydawało jej się, aby wymuszanie od niego komplementów tylko przez to, że to były jej urodziny powinno mieć miejsce. - Nie musisz mnie komplementować przez to, że są moje urodziny. - Jasne, nic nie musiał, wiedziała o tym, jednak wolała mu zwrócić na to uwagę, bo przecież sam podkreślił, a raczej ona skupiła się głównie na tej części jego wypowiedzi, w której argumentował te pochlebstwa tym, że to ona dzisiaj była jubilatką.
Powinna się spodziewać tego, że odbije piłeczkę, zawsze to robił. Perfekcyjnie odwracał kota ogonem.
Oczy jej błysnęły, bo przecież nie mógł myśleć o tym, o czym ona myślała, prawda? Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, sięgnęła po alkohol, którego jej dolał. Miała ochotę krzyczeć, bo zaczynała czuć pod skórą dziwne, palące uczucie, które pojawiało się już wcześniej i nie zostawało ugaszone. Nie wiedziała, jak długo jeszcze wytrzyma, ileż bowiem mogła ze sobą walczyć?
- Skoro myślimy o tym samym, to dlaczego jeszcze nic z tym nie zrobiliśmy? - Znowu nie określiła wprost o co jej chodzi, dalej rzucała domysłami. Rozmawiali o czymś konkretnym, chociaż nie zdecydowali się na dosłowność. Tak było prościej, prawda? Zawsze można było stwierdzić, że druga strona nie domyśliła się o co chodzi, gdyby coś poszło nie tak.
Yaxleyówna chociaż miała ochotę, to nie uciekała wzrokiem, wręcz przeciwnie, wpatrywała się w Greengrassa, jakby rzucała mu wyzwanie. To wszystko ciągnęło się zbyt długo, i może to miał być ten moment, w którym wreszcie zrobią krok w jakąś stronę.