29.09.2024, 11:49 ✶
Geraldine miała pierdolnięcie.Jak zawsze zresztą. Nie tylko poczułem ból w potylicy, który rozprzestrzeniał się na kolejne partie mojej głowy, ale ujrzałem również mroczki przed oczami. Tak, zdecydowanie mnie to zdezorientowało, wybiło z rytmu. Nawet nie byłem w stanie zarejestrować swoim spojrzeniem kaskady szkła ani fontanny alkoholu, a pomykały właśnie po moich ramionach i całym ciele. Jedynie intensywny odór alkoholu uderzał w moje nozdrza, ale nie rozumiałem, co się zadziało. Przez dobrą chwilę.
Pokręciłem głową, próbując jakoś przywrócić się do porządku, byłem bowiem w środku walki. Niestety, nie było to proste. Szczególnie, że również coś we mnie krzyczało, że wcale nie powinienem właśnie być w środku walki. Zaczynałem odczuwać strach, przerażenie spowodowane konsekwencjami mojego głodu, choć nie widziałem jeszcze wszystkich zniszczeń, wszystkich swoich postępków.
Wracałem do świadomości? Możliwe, ale raczej nie na długo miało być mi to dane, tak patrząc na porządek dzisiejszej nocy.
Geraldine nie próżnowała. Wygiąłem się zaskoczony, próbując zwalić z siebie jej ciało, ale nie szczędziła w środkach. Nie mogłem jej dosięgnąć. Nie dziwić się. Przeszywał mnie paraliżujący ból, który ograniczał moje ruchy, ale to wciąż było niczym w porównaniu z tym, co dopiero miało nadejść.
Niby jedno niewinne pchnięcie, drugie wcale takim beztroskim się nie wydało. Skupiony na Geraldine, za nic nie posądziłbym Ambroise’a o bycie jadowitym wężem. Krzyk przepełniony bólem wyrwał się z mojej piersi, zaś niedowierzanie wymalowało na twarzy. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Jakże bym mógł? Na własnym, bezpiecznym terenie z rąk tak spokojnego mężczyzny?
Oberwałem. Tak naprawdę oberwałem.
Krwawiłem. Czułem ten zapach, ale nie tak świeży. Nie kusił.
W jednym momencie przestałem walczyć, dotykając trzęsącymi się dłońmi wilgotnego brzucha. Palce miałem zabarwione, nieco inaczej niż wtedy, ale to wciąż było to samo. Drżałem. Ulatywały ze mnie ostatnie skrawki życia. Ciemna, gęsta maź. Coś, co kiedyś mogło być krwią, teraz było bardziej czarne niż czerwone. Burgund? Coś jeszcze bardziej, ale... Tak, drżałem. Już nie z głodu, tylko z przerażenia. To nie mogło dobrze się skończyć. To było po prostu powolne dogorywanie, te moje ostatnie pół roku nieżycia.
- Ger... Przepraszam... Ja... - zacząłem, jąkając się, będąc w szoku, ale moje kły, Ambroise pode mną i bałagan... To wszystko układało się w jedną, brzydką całość - moją winę.
Zsunąłem się z mężczyzny na podłogę i próbowałem odnaleźć spojrzeniem siostrę, ale nie było to proste, bo byłem cały obolały, a ona stała za mną.
- Zwiąż mnie, proszę, zwiąż mnie - wymamrotałem do niej, bardziej do powietrza, ale z pewnością wiedziała, o co chodzi. Chyba wiedziała. Zakładałem, że wiedziała. Zabrałem się za wyjmowanie drewna z mojego brzucha, chociaż nie byłem pewien, czy mi się to uda. Cały czułem się taki... Słabszy. Jeszcze bardziej słaby niż wcześniej. Dawno nie jadłem. Nie miałem siły na regenerację.
Rzucam na wyjęcie drewna z bebechów. Dramatyzm mocno. Ujmuję sobie kropkę za obrażenia.
Pokręciłem głową, próbując jakoś przywrócić się do porządku, byłem bowiem w środku walki. Niestety, nie było to proste. Szczególnie, że również coś we mnie krzyczało, że wcale nie powinienem właśnie być w środku walki. Zaczynałem odczuwać strach, przerażenie spowodowane konsekwencjami mojego głodu, choć nie widziałem jeszcze wszystkich zniszczeń, wszystkich swoich postępków.
Wracałem do świadomości? Możliwe, ale raczej nie na długo miało być mi to dane, tak patrząc na porządek dzisiejszej nocy.
Geraldine nie próżnowała. Wygiąłem się zaskoczony, próbując zwalić z siebie jej ciało, ale nie szczędziła w środkach. Nie mogłem jej dosięgnąć. Nie dziwić się. Przeszywał mnie paraliżujący ból, który ograniczał moje ruchy, ale to wciąż było niczym w porównaniu z tym, co dopiero miało nadejść.
Niby jedno niewinne pchnięcie, drugie wcale takim beztroskim się nie wydało. Skupiony na Geraldine, za nic nie posądziłbym Ambroise’a o bycie jadowitym wężem. Krzyk przepełniony bólem wyrwał się z mojej piersi, zaś niedowierzanie wymalowało na twarzy. Kompletnie się tego nie spodziewałem. Jakże bym mógł? Na własnym, bezpiecznym terenie z rąk tak spokojnego mężczyzny?
Oberwałem. Tak naprawdę oberwałem.
Krwawiłem. Czułem ten zapach, ale nie tak świeży. Nie kusił.
W jednym momencie przestałem walczyć, dotykając trzęsącymi się dłońmi wilgotnego brzucha. Palce miałem zabarwione, nieco inaczej niż wtedy, ale to wciąż było to samo. Drżałem. Ulatywały ze mnie ostatnie skrawki życia. Ciemna, gęsta maź. Coś, co kiedyś mogło być krwią, teraz było bardziej czarne niż czerwone. Burgund? Coś jeszcze bardziej, ale... Tak, drżałem. Już nie z głodu, tylko z przerażenia. To nie mogło dobrze się skończyć. To było po prostu powolne dogorywanie, te moje ostatnie pół roku nieżycia.
- Ger... Przepraszam... Ja... - zacząłem, jąkając się, będąc w szoku, ale moje kły, Ambroise pode mną i bałagan... To wszystko układało się w jedną, brzydką całość - moją winę.
Zsunąłem się z mężczyzny na podłogę i próbowałem odnaleźć spojrzeniem siostrę, ale nie było to proste, bo byłem cały obolały, a ona stała za mną.
- Zwiąż mnie, proszę, zwiąż mnie - wymamrotałem do niej, bardziej do powietrza, ale z pewnością wiedziała, o co chodzi. Chyba wiedziała. Zakładałem, że wiedziała. Zabrałem się za wyjmowanie drewna z mojego brzucha, chociaż nie byłem pewien, czy mi się to uda. Cały czułem się taki... Słabszy. Jeszcze bardziej słaby niż wcześniej. Dawno nie jadłem. Nie miałem siły na regenerację.
Rzucam na wyjęcie drewna z bebechów. Dramatyzm mocno. Ujmuję sobie kropkę za obrażenia.
Rzut Z 1d100 - 22
Akcja nieudana
Akcja nieudana