29.09.2024, 18:37 ✶
– Zastanawiam się, Johny, jak ty znosisz, że nie brniesz codziennie w Ministerstwie przez tłumy ludzi mdlących na twój widok? – westchnęła Charlotte, ale raczej z odrobiną rozbawienia niż ze złośliwością, bo sama o sobie też miała bardzo wysokie mniemanie. Tak mniej więcej wysokości Mont Everestu. – Dobrze, że się przy tym bawi, chociaż kompletnie nie pojmuję, dlaczego smoki go tak fascynują.
Były wielkie, ziały ogniem i… to właściwie tyle. Nie były szczególnie inteligentne, nie dało się ich udomowić i Charlotte nie do końca tę fascynację rozumiała. Chociaż mogło to wynikać z tego, że były po prostu potężnymi, magicznymi stworzeniami, a Tony zawsze miał upodobanie do różnych dramatycznych metafor, na które twardo stąpająca po ziemi (oczywiście, poza tym, że twardo, to i z gracją w swoich drogich szpilkach) Charlotte mogła patrzeć tylko z lekkim uśmiechem.
– Nie mogę pozbyć się tego zapachu – oświadczyła, kierując się z zakupami do kuchni. – Trzeba okadzić dom szałwią czy czymś takim… och. Jonathanie? Kupujesz nowy dywan. Ma pasować do zasłonek – powiedziała, cofając się o krok, by zajrzeć do salonu.
Z samego środka jej pięknego dywanu w salonie wyrwano kilka długich nitek, i Charlotte nie miała wątpliwości, że winowajcą jest pies. Westchnęła – lubiła ten dywan – ale i bez jakiegoś ogromnego żalu, bo cóż, miał też swoje lata, a teraz Selwyn kupi nowy.
Kelly nie lubiła nadmiernie wykorzystywać bogactwa swoich przyjaciół, zwłaszcza, że sama zarabiała przecież dobrze, ale w przypadku kupowania rzeczy dla psa i odkupywania tych, które zniszczył pies, nie miała oporów. To Jonathan go tutaj przyprowadził, niech bierze na siebie chociaż odrobinę odpowiedzialności.
– Bierz go Benji, bierz – rzuciła jeszcze z mściwością do psiaka, który próbował wylizać uszy Jonathana, i sama wreszcie wpakowała się do kuchni. – Herbaty z dżemem? – zawołała do niego, układając rzeczy na stole kuchennym. Jej spojrzenie powędrowało ku szafkom – trochę przesadziła w tych zapędach do pokazania, jaką to jest idealną panią domu, i mieli teraz w mieszkaniu wielką obfitość różnych przetworów. Nawet jeśli do większości to Charlotte głównie machała różdżką, nie ruszając się z krzesła.
Były wielkie, ziały ogniem i… to właściwie tyle. Nie były szczególnie inteligentne, nie dało się ich udomowić i Charlotte nie do końca tę fascynację rozumiała. Chociaż mogło to wynikać z tego, że były po prostu potężnymi, magicznymi stworzeniami, a Tony zawsze miał upodobanie do różnych dramatycznych metafor, na które twardo stąpająca po ziemi (oczywiście, poza tym, że twardo, to i z gracją w swoich drogich szpilkach) Charlotte mogła patrzeć tylko z lekkim uśmiechem.
– Nie mogę pozbyć się tego zapachu – oświadczyła, kierując się z zakupami do kuchni. – Trzeba okadzić dom szałwią czy czymś takim… och. Jonathanie? Kupujesz nowy dywan. Ma pasować do zasłonek – powiedziała, cofając się o krok, by zajrzeć do salonu.
Z samego środka jej pięknego dywanu w salonie wyrwano kilka długich nitek, i Charlotte nie miała wątpliwości, że winowajcą jest pies. Westchnęła – lubiła ten dywan – ale i bez jakiegoś ogromnego żalu, bo cóż, miał też swoje lata, a teraz Selwyn kupi nowy.
Kelly nie lubiła nadmiernie wykorzystywać bogactwa swoich przyjaciół, zwłaszcza, że sama zarabiała przecież dobrze, ale w przypadku kupowania rzeczy dla psa i odkupywania tych, które zniszczył pies, nie miała oporów. To Jonathan go tutaj przyprowadził, niech bierze na siebie chociaż odrobinę odpowiedzialności.
– Bierz go Benji, bierz – rzuciła jeszcze z mściwością do psiaka, który próbował wylizać uszy Jonathana, i sama wreszcie wpakowała się do kuchni. – Herbaty z dżemem? – zawołała do niego, układając rzeczy na stole kuchennym. Jej spojrzenie powędrowało ku szafkom – trochę przesadziła w tych zapędach do pokazania, jaką to jest idealną panią domu, i mieli teraz w mieszkaniu wielką obfitość różnych przetworów. Nawet jeśli do większości to Charlotte głównie machała różdżką, nie ruszając się z krzesła.