29.09.2024, 19:38 ✶
– Pewnie, zaraz się załatwi – obiecała Brenna. Ostatecznie taka podróż może i nie była dla Michaela bardzo wyczerpująca, ale pewnie mógł odrobinę się zmęczyć. – Nie jest taki młody, ale pierwsze miesiące życia spędził w schronisku… wiesz, nie miał za wielu szans na wybieganie się czy zabawę – powiedziała, spoglądając na psa z pewną rezygnacją, gdy zdawało się, że zaraz dosłownie wybuchnie, bo aż się trząsł: nie, nie ze strachu, a raczej z pragnienia skoczenia dla Laurenta i jednocześnie świadomości, że pewnie nie powinien tego robić, bo właścicielka obserwowała go czujnie. – I tak cud, że tylko Gałgan przybiegł cię przywitać. Mieliśmy wziąć jednego psa, a wyszliśmy stamtąd z trzema, a potem przybłąkał się jeszcze czwarty.
Na całe szczęście dom był duży, a właściwie wszyscy domownicy lubili psy. Chociaż matka i tak zdawała się chętna udusić córkę, którą obwiniała wyraźnie o pojawienie się trzech psów, kiedy rozmawiali o wzięciu j e d n e j sztuki. Ojciec oczywiście marudził, ale już kolejnego dnia oddawał psom szynkę ze swoich kanapek…
Wysłuchała Laurenta, unosząc na niego na moment spojrzenie znad miecza. Nie nudził jej: lubiła ciekawostki, nawet jeśli nie miała pojęcia, czym jest kudzu, poza tym przede wszystkim widać było, jaką pasją Prewett darzy naturę i Brenna mogła tylko to podziwiać. Ktoś, kto potrafił czymś się tak fascynować i oddać temu czas, wysiłek oraz duszę, był tego podziwu godny.
– Całkiem szczerze, nigdy w życiu nie słyszałam o kudzu – przyznała, niepewna nawet, czy dobrze wymawia tę nazwę. – Ale rozumiem, o co chodzi. Czyli dobrze, że nie postanowiłam wypuszczać ich za murem.
Nie w ogródku, bo pewnie wtedy szybko upolowałyby je psy. Bardzo skutecznie zdołały odstraszyć wreszcie gnomy ogrodowe, z którymi mieli problem od zeszłego lata.
– Jest idealny i powinnam jakoś się za niego odwdzięczyć. Szkoda, że gdybym zaczęła chodzić z nim po Londynie, ludzie zrobiliby się nerwowi, bo ciężko będzie się z nim rozstać – stwierdziła jeszcze, przeciągając dłonią ponownie po rękojeści. Nie była pewna, czy to ze strony Laurenta próba powiedzenia „dziękuję” czy wyraz troski, ale Prewett wyraźnie nie uznawał półśrodków. I naprawdę wyszedł z siebie, żeby dać coś, co będzie do niej pasowało, a ona teraz czuła się przez to z jednej strony wdzięczna i rozczulona, z drugiej pomyślała, że wysłanie mu kwiatów było chyba żałosnym podarkiem przy czymś takim. – Daj mi chwilę, wezmę herbatę i poślę Malwę do Michaela, i możemy iść na górę, wypije się ją tam i zerknie na jaszczurki. Gałgan, chodź, daj spokój Laurentowi – dodała, wciąż z mieczem, wycofując się do kuchni. Wyłoniła się stamtąd minutę później, balansując tak, by utrzymać i swój prezent, i tacę z imbryczkiem, filiżankami i ciasteczkami. Skierowała się najpierw do salonu, a potem ku schodom. Gdzieś z głębi domu dobiegało poszczekiwanie, z gatunku tych radosnych – najwyraźniej któryś z domowników bawił się z jednym z pozostałych psów.
Na całe szczęście dom był duży, a właściwie wszyscy domownicy lubili psy. Chociaż matka i tak zdawała się chętna udusić córkę, którą obwiniała wyraźnie o pojawienie się trzech psów, kiedy rozmawiali o wzięciu j e d n e j sztuki. Ojciec oczywiście marudził, ale już kolejnego dnia oddawał psom szynkę ze swoich kanapek…
Wysłuchała Laurenta, unosząc na niego na moment spojrzenie znad miecza. Nie nudził jej: lubiła ciekawostki, nawet jeśli nie miała pojęcia, czym jest kudzu, poza tym przede wszystkim widać było, jaką pasją Prewett darzy naturę i Brenna mogła tylko to podziwiać. Ktoś, kto potrafił czymś się tak fascynować i oddać temu czas, wysiłek oraz duszę, był tego podziwu godny.
– Całkiem szczerze, nigdy w życiu nie słyszałam o kudzu – przyznała, niepewna nawet, czy dobrze wymawia tę nazwę. – Ale rozumiem, o co chodzi. Czyli dobrze, że nie postanowiłam wypuszczać ich za murem.
Nie w ogródku, bo pewnie wtedy szybko upolowałyby je psy. Bardzo skutecznie zdołały odstraszyć wreszcie gnomy ogrodowe, z którymi mieli problem od zeszłego lata.
– Jest idealny i powinnam jakoś się za niego odwdzięczyć. Szkoda, że gdybym zaczęła chodzić z nim po Londynie, ludzie zrobiliby się nerwowi, bo ciężko będzie się z nim rozstać – stwierdziła jeszcze, przeciągając dłonią ponownie po rękojeści. Nie była pewna, czy to ze strony Laurenta próba powiedzenia „dziękuję” czy wyraz troski, ale Prewett wyraźnie nie uznawał półśrodków. I naprawdę wyszedł z siebie, żeby dać coś, co będzie do niej pasowało, a ona teraz czuła się przez to z jednej strony wdzięczna i rozczulona, z drugiej pomyślała, że wysłanie mu kwiatów było chyba żałosnym podarkiem przy czymś takim. – Daj mi chwilę, wezmę herbatę i poślę Malwę do Michaela, i możemy iść na górę, wypije się ją tam i zerknie na jaszczurki. Gałgan, chodź, daj spokój Laurentowi – dodała, wciąż z mieczem, wycofując się do kuchni. Wyłoniła się stamtąd minutę później, balansując tak, by utrzymać i swój prezent, i tacę z imbryczkiem, filiżankami i ciasteczkami. Skierowała się najpierw do salonu, a potem ku schodom. Gdzieś z głębi domu dobiegało poszczekiwanie, z gatunku tych radosnych – najwyraźniej któryś z domowników bawił się z jednym z pozostałych psów.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.