29.09.2024, 20:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.09.2024, 20:45 przez Brenna Longbottom.)
Nie była zdziwiona spostrzeżeniem Atreusa. Jeśli coś ją w tym dziwiło, to chyba tylko to, że ten fakt zauważył, bo podejrzewała, że Moody umiała bronić swojej głowy. Wzmianka o stanie Harper sprowadzała na nią raczej zmartwienie: podwójne, bo osoby, która z szefową Biura Aurorów od dwóch lat współpracowała poza gmachem Ministerstwa, i kogoś, kto – o ironio – był za Harper Moody w pewnym sensie odpowiedzialny.
To Harper dowodziła aurorami, ale była też jednym z „ich” ludzi, a to oznaczało, że Brenna powinna coś z jej rozsypaniem zrobić.
I nie miała pojęcia co.
– Tak. Jest – powiedziała bardzo krótko, z ulgą przyjmując zmianę tematu. Ona doskonale wiedziała, że Basilius Prewett nosi przy sobie nie więcej niż trzy komplety kart – tyle miał ze sobą, kiedy został naćpany (nie wiedziała, że jeden świeżo kupił i zwykle to jednak były dwa komplety kart). – Może jest z każdym kompletem związany emocjonalnie? Ale ja przy sobie żadnego zestawu nie mam, więc musisz zadowolić się książką.
Gdzieś tam w pokoju miała komplet kart, bo kiedyś grywała ot dla zabawy w różne głupie gierki z kuzynkami. Znalazłby się i komplet tarota, podarowany jej wieki temu przez babkę, chociaż Brenna nigdy nie nauczyła się porządnie interpretować rozkładów – znała znaczenie paru kart i to wszystko, a ten podarek trzymała z czystego sentymentu. O książki w jej pokoju było znacznie łatwiej.
– Hm… znęcanie się mówisz? Przegapiona okazja, mogłabym taką przynieść i poczytać na głos, skoro jesteś teraz mało mobilny – stwierdziła niby to z żalem, chociaż ostatnio nie wkurzył jej na tyle, żeby faktycznie chciała go torturować. – Jak złamiesz mi nos, to zrastanie potrwa ze dwa dni i mogliby próbować wrąbać mi na jutro zwolnienie z pracy, a poza tym szkiele – wzro jest naprawdę paskudne – wyjaśniła cierpliwie. Liczyła, że uda się zamknąć jedno śledztwo, a po pracy obiecała Heather, że wpadną do Dziurawego Kotła, to zaś oznaczyła, że musiała stawiać się w biurze skoro świt, żeby faktycznie wyjść o czasie… – Nic nikomu się nie stało, Vinc wypatrzył drania z daleka, a ten chyba nie spodziewał się, że ktoś tam będzie, bo nawet się specjalnie nie ukrywał. Deportował się, niestety.
Największym obrażeniem, do jakiego tam doszło, to było to, że Brenna rozbiła sobie głupi pysk, próbując rzucić się na mężczyznę, a on akurat rozpłynął się w powietrzu w chwili, w której ona była już w locie. Zabrakło jej cholernego pół sekundy, by go dorwać i do tej pory była trochę na siebie zła o to spóźnienie.
– W każdym razie poprosiłyśmy Laurenta, żeby na razie nie wracał do New Forest, sprawdziłam teren, Victoria powiadomiła Harper. Wątpię, żeby spróbowali znowu, skoro zastali tam komitet powitalny, a chyba chcieli go nastraszyć, nie…
Nie dokończyła. „Nie zamordować” – to trochę zawisło w powietrzu. Być może obawiali się, że zabicie ot tak kogoś czystej krwi, zwłaszcza po Beltane obróci nawet te konserwatywne, ale nie bardzo radykalne, rody przeciwko nim?
To Harper dowodziła aurorami, ale była też jednym z „ich” ludzi, a to oznaczało, że Brenna powinna coś z jej rozsypaniem zrobić.
I nie miała pojęcia co.
– Tak. Jest – powiedziała bardzo krótko, z ulgą przyjmując zmianę tematu. Ona doskonale wiedziała, że Basilius Prewett nosi przy sobie nie więcej niż trzy komplety kart – tyle miał ze sobą, kiedy został naćpany (nie wiedziała, że jeden świeżo kupił i zwykle to jednak były dwa komplety kart). – Może jest z każdym kompletem związany emocjonalnie? Ale ja przy sobie żadnego zestawu nie mam, więc musisz zadowolić się książką.
Gdzieś tam w pokoju miała komplet kart, bo kiedyś grywała ot dla zabawy w różne głupie gierki z kuzynkami. Znalazłby się i komplet tarota, podarowany jej wieki temu przez babkę, chociaż Brenna nigdy nie nauczyła się porządnie interpretować rozkładów – znała znaczenie paru kart i to wszystko, a ten podarek trzymała z czystego sentymentu. O książki w jej pokoju było znacznie łatwiej.
– Hm… znęcanie się mówisz? Przegapiona okazja, mogłabym taką przynieść i poczytać na głos, skoro jesteś teraz mało mobilny – stwierdziła niby to z żalem, chociaż ostatnio nie wkurzył jej na tyle, żeby faktycznie chciała go torturować. – Jak złamiesz mi nos, to zrastanie potrwa ze dwa dni i mogliby próbować wrąbać mi na jutro zwolnienie z pracy, a poza tym szkiele – wzro jest naprawdę paskudne – wyjaśniła cierpliwie. Liczyła, że uda się zamknąć jedno śledztwo, a po pracy obiecała Heather, że wpadną do Dziurawego Kotła, to zaś oznaczyła, że musiała stawiać się w biurze skoro świt, żeby faktycznie wyjść o czasie… – Nic nikomu się nie stało, Vinc wypatrzył drania z daleka, a ten chyba nie spodziewał się, że ktoś tam będzie, bo nawet się specjalnie nie ukrywał. Deportował się, niestety.
Największym obrażeniem, do jakiego tam doszło, to było to, że Brenna rozbiła sobie głupi pysk, próbując rzucić się na mężczyznę, a on akurat rozpłynął się w powietrzu w chwili, w której ona była już w locie. Zabrakło jej cholernego pół sekundy, by go dorwać i do tej pory była trochę na siebie zła o to spóźnienie.
– W każdym razie poprosiłyśmy Laurenta, żeby na razie nie wracał do New Forest, sprawdziłam teren, Victoria powiadomiła Harper. Wątpię, żeby spróbowali znowu, skoro zastali tam komitet powitalny, a chyba chcieli go nastraszyć, nie…
Nie dokończyła. „Nie zamordować” – to trochę zawisło w powietrzu. Być może obawiali się, że zabicie ot tak kogoś czystej krwi, zwłaszcza po Beltane obróci nawet te konserwatywne, ale nie bardzo radykalne, rody przeciwko nim?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.