29.09.2024, 20:59 ✶
Dłonie bezradnie ześliznęły mi się po prowizorycznym kołku. Każdy ruch paraliżował mnie bólem i słabością. Nie mogłem tego zrobić, nie byłem w stanie. Czułem się, jakbym gasł, choć wiedziałem, że nie miało mi być dane zgasnąć.
Może jednak nieśmiertelność wcale nie była taka super?
Ambroise wpatrywał się we mnie z pogardą. Nie dziwiłem mu się. Nie dość, że chciałem go zabić, a przy tym ukraść całą krew z jego ciała, to jeszcze patrzył właśnie na ścierwo żywiące się jedynie czyimś życiem. I nie zapominajmy o bólu, który to niosło. Sam siebie oblewałbym w spojrzeniu pełnym pogardy, gdybym tylko mógł. Nigdy nie było mi wystarczająco, zawsze za mało, a teraz... Teraz nawet przymknąłem kran. Nie nadwyrężałem przyjaciółki z dobrych względów, które na nic się zdały. Narobiłem więcej bałaganu niż to było warte. Ponosiłem za to odpowiedzialnośc, niezależnie od tego, co jeszcze mówiłem chwilę temu, żeby uderzyć w czułe punkty. Jak ja mogłem... Jak śmiałem...
A Geraldine, jak gdyby nigdy nic, jeszcze podstawiała mi swoją rękę bym gryzł. Widziałem to w jej oczach, ale... Nie mogłem. I jednocześnie chciałem... Bardzo chciałem. Potrzebowałem tego, ale nie chciałem tracić nad sobą kontroli, a wiedziałem, że tak to właśnie się skończy. Już czułem jak trybiki się we mnie przestawiają. Nie patrzyłem już na jej rękę z przerażeniem, tylko jak na prezent od losu, nowe, łatwe możliwości zdobycia krwi, może z lekką nieufnością, jeśli chodziło o dzikiego zwierza we mnie, wciąż pamiętał, że zdzieliła go boleśnie po głowie i plecach. Ukryte motywacje...? Nie, Geraldine raczej taka nie była.
Na szczęście Ambroise przerwał tę pokusę, pojawiając się nad nami. Przeląkłem się. Ale to dobrze. Już czułem znowu... Czułem to w kościach, czułem we krwi, czułem przede wszystkim w umyśle. Omamienie. Słodkie omamienie. Zew krwi. Zapowiedź słodyczy.
Pokręciłem głową, próbując wyrzucić te obrazy ze swojej głowy. Nawet za bardzo nie ogarniałem, gdzie idzie Ambroise, bardziej skupiony na własnych wewnętrznych przeżyciach. Jedno jednak mi zapadło w głowę. Ger miała mnie związać. Tak, musiała mnie związać. Nie było innej opcji, inaczej znowu podejmę próbę. Nie chciałem podejmować tych prób.
- Zwiąż mnie, proszę. Nie ręczę za siebie. Nie chce już nic więcej odjebać - stwierdziłem zrozpaczony, wyciągając w jej kierunku rękę.
Chwila! Wyciągnąłem ją by jej pomóc? Czy może aby ją chwycić i przyciągnąć do siebie? Nie byłem pewien. Niczego nie mogłem być pewien. Na pewno była pełna krwi, której potrzebowałem. Na pewno była rozbita, sam się do tego przyczyniłem, ale nie mogłem jej teraz pomóc.
Zabrałem czym prędzej dłoń, jak gdybym się sparzył tym faktem, że wyciągam ją w kierunku Geraldine. Chciałem zakryć twarz, swój wstyd oraz poczucie porażki w tych dłoniach, ale całe były w paskudnej mazi z mojego wnętrza. We krwi. Paskudnej, zepsutej krwi.
- Ger, proszę, zrób to. Ja nie mogę... Nie chcę więcej... Wiesz - poprosiłem ją miękko, obracając się do niej tyłem powoli, na tyle, na ile pozwalał mi ten kawał drewna w trzewiach. Splotłem dłonie za plecami. Wystarczyło machnąć zaklęcie. - Przepraszam, nie chciałem... tamtego powiedzieć. To nie byłem ja. Wiesz, że ja tak nie uważam, prawda? Powiedz, że wiesz... - mówiłem dalej do Geraldine, choć trwałem do niej tyłem. Nie chciałem i nie mogłem nikogo już skrzywdzić, więc mi ulżyło, kiedy posłuchała mojej prośby. Ciasne liny oplatające moje ręce pozwoliły mi nieznacznie odetchnąć. I to tyle.
Wrócił Ambroise. Rzucił w moim kierunku woreczki z krwią, ale nie miałem ich jak otworzyć, poza tym...
- Ambroise, ja cię przepraszam... Kompletnie mi odwaliło. Przepraszam - odezwałem się, choć wiedziałem, że w głębokim poważaniu miał moje przeprosiny. Wrócił chyba tylko ze względu na Geraldine, chociaż dziwiło mnie, że wciąż mu na niej zależało...?
Może jednak nieśmiertelność wcale nie była taka super?
Ambroise wpatrywał się we mnie z pogardą. Nie dziwiłem mu się. Nie dość, że chciałem go zabić, a przy tym ukraść całą krew z jego ciała, to jeszcze patrzył właśnie na ścierwo żywiące się jedynie czyimś życiem. I nie zapominajmy o bólu, który to niosło. Sam siebie oblewałbym w spojrzeniu pełnym pogardy, gdybym tylko mógł. Nigdy nie było mi wystarczająco, zawsze za mało, a teraz... Teraz nawet przymknąłem kran. Nie nadwyrężałem przyjaciółki z dobrych względów, które na nic się zdały. Narobiłem więcej bałaganu niż to było warte. Ponosiłem za to odpowiedzialnośc, niezależnie od tego, co jeszcze mówiłem chwilę temu, żeby uderzyć w czułe punkty. Jak ja mogłem... Jak śmiałem...
A Geraldine, jak gdyby nigdy nic, jeszcze podstawiała mi swoją rękę bym gryzł. Widziałem to w jej oczach, ale... Nie mogłem. I jednocześnie chciałem... Bardzo chciałem. Potrzebowałem tego, ale nie chciałem tracić nad sobą kontroli, a wiedziałem, że tak to właśnie się skończy. Już czułem jak trybiki się we mnie przestawiają. Nie patrzyłem już na jej rękę z przerażeniem, tylko jak na prezent od losu, nowe, łatwe możliwości zdobycia krwi, może z lekką nieufnością, jeśli chodziło o dzikiego zwierza we mnie, wciąż pamiętał, że zdzieliła go boleśnie po głowie i plecach. Ukryte motywacje...? Nie, Geraldine raczej taka nie była.
Na szczęście Ambroise przerwał tę pokusę, pojawiając się nad nami. Przeląkłem się. Ale to dobrze. Już czułem znowu... Czułem to w kościach, czułem we krwi, czułem przede wszystkim w umyśle. Omamienie. Słodkie omamienie. Zew krwi. Zapowiedź słodyczy.
Pokręciłem głową, próbując wyrzucić te obrazy ze swojej głowy. Nawet za bardzo nie ogarniałem, gdzie idzie Ambroise, bardziej skupiony na własnych wewnętrznych przeżyciach. Jedno jednak mi zapadło w głowę. Ger miała mnie związać. Tak, musiała mnie związać. Nie było innej opcji, inaczej znowu podejmę próbę. Nie chciałem podejmować tych prób.
- Zwiąż mnie, proszę. Nie ręczę za siebie. Nie chce już nic więcej odjebać - stwierdziłem zrozpaczony, wyciągając w jej kierunku rękę.
Chwila! Wyciągnąłem ją by jej pomóc? Czy może aby ją chwycić i przyciągnąć do siebie? Nie byłem pewien. Niczego nie mogłem być pewien. Na pewno była pełna krwi, której potrzebowałem. Na pewno była rozbita, sam się do tego przyczyniłem, ale nie mogłem jej teraz pomóc.
Zabrałem czym prędzej dłoń, jak gdybym się sparzył tym faktem, że wyciągam ją w kierunku Geraldine. Chciałem zakryć twarz, swój wstyd oraz poczucie porażki w tych dłoniach, ale całe były w paskudnej mazi z mojego wnętrza. We krwi. Paskudnej, zepsutej krwi.
- Ger, proszę, zrób to. Ja nie mogę... Nie chcę więcej... Wiesz - poprosiłem ją miękko, obracając się do niej tyłem powoli, na tyle, na ile pozwalał mi ten kawał drewna w trzewiach. Splotłem dłonie za plecami. Wystarczyło machnąć zaklęcie. - Przepraszam, nie chciałem... tamtego powiedzieć. To nie byłem ja. Wiesz, że ja tak nie uważam, prawda? Powiedz, że wiesz... - mówiłem dalej do Geraldine, choć trwałem do niej tyłem. Nie chciałem i nie mogłem nikogo już skrzywdzić, więc mi ulżyło, kiedy posłuchała mojej prośby. Ciasne liny oplatające moje ręce pozwoliły mi nieznacznie odetchnąć. I to tyle.
Wrócił Ambroise. Rzucił w moim kierunku woreczki z krwią, ale nie miałem ich jak otworzyć, poza tym...
- Ambroise, ja cię przepraszam... Kompletnie mi odwaliło. Przepraszam - odezwałem się, choć wiedziałem, że w głębokim poważaniu miał moje przeprosiny. Wrócił chyba tylko ze względu na Geraldine, chociaż dziwiło mnie, że wciąż mu na niej zależało...?