30.09.2024, 07:53 ✶
Tego dnia pech Basiliusa chyba się skumulował - ten zwykły, piątków trzynastego, został wzmocniony albo przekształcony przez czarownicę z lelkiem.
Ale Brenna o tym nie wiedziała.
I kiedy Basilius na jej widok wezwał kurwę po trzykroć - no od razu widać, że krewny Vincenta Prewetta - a potem nagle znikł z widoku, pobladła śmiertelnie. Rzuciła się ku niemu, a w jej głowie odbiła się myśl, że klątwa piątków trzynastego zwyciężyła i oto Brenna zabiła Basiliusa Prewetta.
Bo to przecież była jej wina. Zaskoczyła go, podeszła za cicho, nawet jeśli celowo zmieniła się z wilczycy w kobietę chwilę wcześniej, powinna pomyśleć. Powinna wpaść na to, że w Little Hangleton człowiek może nerwowo reagować, kiedy ktoś wychodzi nagle z lasu, po zmroku w dodatku. Do licha, równie dobrze mogłaby sama go do tego dołu wrzucić!
Ledwo jednak przypadła krawędzi dołu, odnotowała, że po pierwsze, uzdrowiciel żyje, po drugie, ma w dziurze towarzystwo głowy, po trzecie, właśnie narusza miejsce zbrodni.
- Basilius? Nic nie połamane? - spytała, że wszystkich sił starając się zachować spokój, chociaż w w jej głowie już trwała burza. Ucięta głowa, znaczy się, mieli tutaj faktycznie morderstwo. Dół zamaskowany czarami, jak nic czarodziejskie. Z tego lasu to przed świtem nie wyjdzie. - Jeśli nie, podaj mi rękę, proszę - nakazała stanowczo, pochylając się nad dziurą. Normalnie to zeskoczyłaby do niego na dół, ale jedna osoba, która wylądowała na miejscu zbrodni, to już było naprawdę dostatecznie wiele.
A kiedy pomagała mu się wydostać, pomyślała, że przecież takie rzeczy zwykle przytrafiały się jej. To ona wpadała do niewidocznych dziur. Albo przypadkiem potykała się o jakąś zbrodnię.
Cholera, chyba uzdrowiciel miał rację. W jakiś sposób go zaraziła.
- Potrzebujesz uzdrowiciela? - spytała, mierząc go uważnym spojrzeniem, szukając obrażeń, ale też oceniając stopień bladości oraz boleści, wyrażanej przez minę. - Chodź, podprowadzę cię do... do tego kamienka tam - powiedziała, w pierwszej chwili chcąc poprowadzić go do ławki, ale zaraz pomyślała, że to p pierwsze jest trochę za blisko innej dziury, po drugie, kto stawiałby ławkę w Lesie Wisielców? Nikt o zdrowych zmysłach nie rozsiadałby się tutaj, żeby odpocząć na łonie natury.
Powstrzymywała pytania, cisnącego się na usta: o to co znalazł, co tutaj robił, czy kogoś widział. W tej chwili najważniejsze było upewnienie się, czy był cały I zdrowy.
Ale Brenna o tym nie wiedziała.
I kiedy Basilius na jej widok wezwał kurwę po trzykroć - no od razu widać, że krewny Vincenta Prewetta - a potem nagle znikł z widoku, pobladła śmiertelnie. Rzuciła się ku niemu, a w jej głowie odbiła się myśl, że klątwa piątków trzynastego zwyciężyła i oto Brenna zabiła Basiliusa Prewetta.
Bo to przecież była jej wina. Zaskoczyła go, podeszła za cicho, nawet jeśli celowo zmieniła się z wilczycy w kobietę chwilę wcześniej, powinna pomyśleć. Powinna wpaść na to, że w Little Hangleton człowiek może nerwowo reagować, kiedy ktoś wychodzi nagle z lasu, po zmroku w dodatku. Do licha, równie dobrze mogłaby sama go do tego dołu wrzucić!
Ledwo jednak przypadła krawędzi dołu, odnotowała, że po pierwsze, uzdrowiciel żyje, po drugie, ma w dziurze towarzystwo głowy, po trzecie, właśnie narusza miejsce zbrodni.
- Basilius? Nic nie połamane? - spytała, że wszystkich sił starając się zachować spokój, chociaż w w jej głowie już trwała burza. Ucięta głowa, znaczy się, mieli tutaj faktycznie morderstwo. Dół zamaskowany czarami, jak nic czarodziejskie. Z tego lasu to przed świtem nie wyjdzie. - Jeśli nie, podaj mi rękę, proszę - nakazała stanowczo, pochylając się nad dziurą. Normalnie to zeskoczyłaby do niego na dół, ale jedna osoba, która wylądowała na miejscu zbrodni, to już było naprawdę dostatecznie wiele.
A kiedy pomagała mu się wydostać, pomyślała, że przecież takie rzeczy zwykle przytrafiały się jej. To ona wpadała do niewidocznych dziur. Albo przypadkiem potykała się o jakąś zbrodnię.
Cholera, chyba uzdrowiciel miał rację. W jakiś sposób go zaraziła.
- Potrzebujesz uzdrowiciela? - spytała, mierząc go uważnym spojrzeniem, szukając obrażeń, ale też oceniając stopień bladości oraz boleści, wyrażanej przez minę. - Chodź, podprowadzę cię do... do tego kamienka tam - powiedziała, w pierwszej chwili chcąc poprowadzić go do ławki, ale zaraz pomyślała, że to p pierwsze jest trochę za blisko innej dziury, po drugie, kto stawiałby ławkę w Lesie Wisielców? Nikt o zdrowych zmysłach nie rozsiadałby się tutaj, żeby odpocząć na łonie natury.
Powstrzymywała pytania, cisnącego się na usta: o to co znalazł, co tutaj robił, czy kogoś widział. W tej chwili najważniejsze było upewnienie się, czy był cały I zdrowy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.