Ona zaczęła to traktować jako całość. Nie dało się wymazać przeszłości, tego jak się od siebie odsunęli. Bała się, że niedługo może się to powtórzyć, że znowu nie będzie potrafiła temu zapobiec. Pamiętała tę gorycz, która się między nimi pojawiła. Bardzo, ale bardzo zależało jej na tym, żeby znowu nie zaczęli się traktować w ten sposób. To, że powtarzali sobie, że aktualnie są przyjaciółmi jej nie wystarczało, nie czuła tego. Jasne, spędzali razem dużo czasu, jednak nadal nie mówili sobie wszystkiego, nie byli ze sobą stuprocentowo szczerzy. Prędzej, czy później to musiało pierdolnąć, bo nie miało silnych fundamentów.
- Jak tam chcesz. - Wzruszyła jedynie ramionami. To był jego wybór, jak przystało na gospodynię starała się zadbać o swojego gościa, była gotowa mu dać dokładnie to, czego potrzebował, tylko wypadałoby, aby powiedział jej dokładnie, co to było.
Zdawała sobie sprawę, że nie gra czysto. Na swoje usprawiedliwienie miała jedynie to, że on również to robił. Nie zamierzała być gorsza, ratowała się czym mogła przed utonięciem. Była zdesperowana, uderzała w te najbardziej nieodpowiednie miejsca, byle sprawić mu przykrość. Nigdy nie mówiła, że jest szczególnie ambitna, jeśli chodzi o zadawanie ran. Zresztą tak naprawdę bardzo nie chciała go krzywdzić, to był jej sposób na obronę. Czuła, że on ją krzywdził i robiła to samo, zadawała drobne, niby zupełnie niepozorne draśnięcia, które przy zsumowaniu mogły przynieść naprawdę dużo bólu i goryczy.
- Przywyknij do tego, chyba czas najwyższy. - Nikt nie mówił, że będzie prosto, prawda? Zresztą nie wydawało jej się, aby była jakoś szczególnie skomplikowana, na pewno nie mniej od niego. Nie ułatwiali sobie egzystencji, wręcz przeciwnie, niepotrzebnie wszystko utrudniali. Ona też musiała do tego przywyknąć, bo nie zamierzała akceptować ewentualnego braku Ambroise'a w swoim życiu. Musiała zaakceptować, że będzie między nimi jakoś.
- Przykro mi, że zawiodłam twoje oczekiwania. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Była zła, alkohol tylko potęgował te nieprzyjemne uczucia, powoli traciła kontrolę, to znaczy teraz już nie powoli, zdecydowanie zbyt szybko. Pokazywała mu się z tej najgorszej strony, którą raczej starała się tłumić, chować bardzo głęboko.
Nie powinna uderzać w to miejsce, nie po tym jak przyszedł tutaj z kwiatami, ciastem, alkoholem i prezentem i podkreślał, że jest tutaj dla niej. Znalazł czas i chęci, aby towarzyszyć jej w tym dniu, kiedy wszyscy inni ją olali. Powinna to docenić, jednak nie potrafiła. Nie, kiedy miała wrażenie, że mogło to być coś więcej, tyle, że żadne z nich nie umiało przekroczyć granicy. Wyżywała się teraz na nim przez to, że nie radziła sobie z tym, co w niej kiełkowało. Ona była nieudolna, nigdy nie potrafiła rozmawiać o tym, co czuła. On nie powinien za to obrywać, cóż, nikt nie mówił, że była szczególnie dojrzała. Ba, można było stwierdzić, że wręcz przeciwnie, na pewno w tej chwili. Zachowywała się jak gówniara, która nie miała pojęcia, czego chce, a może właśnie wiedziała, czego chce, ale bała się po to sięgnąć.
- No jasne, zabroń mi jeszcze pić, zabierz tę ostatnią przyjemność. - Musiała się odezwać, chociaż wiedziała, że miał rację. Whisky nie pomagała, miała uleczyć ból, a powodowała, że działo się zupełnie przeciwnie. Musiał to być jeden z tych gorszych dni, gdy reagowała na alkohol zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Bez słowa wręczyła mu butelkę, bo wyciągnął w jej kierunku rekę. Niech pije, co za hipokryta. Jej zabraniał, a sam zamierzał się sponiewierać, byly siebie warci.
Podniosła w końcu tyłek z sofy, nie zrobiła tego szczególnie zgrabnie, ale miała to w nosie. Zastanawiała się, czy weźmie ze sobą tę butelkę, którą przed chwilą mu wręczyła, nie chciała bez niej wychodzić. Nim ruszyła w stronę drzwi sięgnęła do stołu, żeby zabrać swoje szlugi i zaplaniczkę, na pewno jej się przydadzą podczas tego spaceru. - Idziemy. - Mruknęła jeszcze, gdyby nie zauważył, że zbiera się do wyjścia, co raczej było oczywiste. Robiła to tylko dlatego, że nie chciała, żeby sobie poszedł, a czuła, że jak zostanie tu dłużej, to sama go wywali za drzwi.