30.09.2024, 16:00 ✶
Kaskada skrzących się dźwięków Gaspard de la nuit Ravela, połyskliwa niczym tafla jeziora odbijająca światło gwiazd i przeglądającego się w niej niby w zwierciadle księżyca, spłynęła spod smukłych palców Lorraine Malfoy wodospadem migoczących impresji. Eteryczna, odziana w biel półwila skłoniła się krótko, choć wytwornie zgromadzonym na wydarzeniu gościom, zapominając o ich obecności ledwie dotknęła klawiszy fortepianu.
Zatraciła się w muzyce.
Rozedrgane dłonie sunęły płynnie po klawiaturze z kości słoniowej, hipnotyzując rozbudowaną warstwą harmoniczną i gwałtownymi zmianami dynamiki bystrej jak porywisty nurt, podstępnie wciągający słuchaczy w wir melodyjnej opowieści o wodnej nimfie, Ondynie. Żywioł zaklęty w postaci kusicielskiej zjawy o nieujarzmionej, ambiwalentnej naturze, nieustannie oscylującej pomiędzy skrajnościami zapisu nutowego: raz delikatnej – z syrenim powabem wabiącej śmiertelnych czarem subtelnych arpeggiów rozchodzących się falami po powierzchni jeziora – raz porywczej – dziko manifestującej potęgę swej wodnej domeny dramatycznym crescendo akordów przypominającym huk wodospadu. Piękna, ale i groźna, krucha i drapieżna zarazem, świadoma swej fizyczności, choć przecież niematerialna. Utkane z mgieł i wodnej piany widziadło o płynnej tożsamości i bezcielesnej formie igrało w przestrzeni wyobraźni jak światło rozszczepione w pryzmacie kropli wody. Ondyna pozostawała nieuchwytna, nie przestając przy tym kusić śmiertelnika, który zabłądził nad brzeg jej jeziora. Zanurz się ze mną w wodną toń, szeptała tajemniczo, a ręce spowitych w półprzezroczyste welony najad wyciągały się w tęsknej konwulsji z jeziornych odmętów.
Melodia zaczęła nabierać tempa. Ciała tancerek, wyobrażających orszak królowej otchłani, były w ciągłym ruchu, uosabiając jedność z płynącą wodą. Nienazwana groza czaiła się teraz pod niebezpiecznie falującą powierzchnią jeziora. Gesty przygrywającej półwili naśladowały gesty nimfy – pozornie erratyczne, nacechowane jednak nieuchronnością technicznej precyzji pianistki, długo przygotowującej się do występu – Lorraine to zwalniała, to przyspieszała, ale nigdy nie utraciła kontroli nad narracją, wydobywając z polifonii partytury głębię dźwiękowego krajobrazu: momenty gęstej ciszy i dusznego spokoju przeplatała łoskotem rozbryzgów wody wzburzonego jeziora, które odsłoniło podwoje podwodnego pałacu wysadzanego kryształami łez i perłami uśmiechów jego pani.
Zostań ze mną pod falami, prosiła tęsknie nimfa, ostatni raz wyciągnąwszy dłoń w stronę wiarołomnego kochanka, zanim zniknęła w mrocznej głębinie – zawsze kapryśna, zawsze niestała, zawsze nieprzewidywalna w swych sympatiach i nienawiściach – podwodny miraż odprowadzany burzliwą kakofonią dźwięków niby śmiechem bogów.
Lorraine odchyliła się lekko do tyłu – z namaszczeniem wygrywała ostatni z pasażów utworu, skrzyżowawszy ręce nad klawiaturą – wreszcie widać było jej twarz, dotychczas skrytą za srebrzystoblond taflą długich włosów spływających kaskadą na wątłe ramiona: twarz równie nieprzeniknioną, co jeziorna toń. Dziwna zaciętość błyszczała w jej oczach. Kończące nuty wybrzmiały niczym odległe echo snu, bo Ondyna była przecież tylko snem – snem letniej nocy sklejającym rzęsy babim latem oniryzmu – niedosięgłym ideałem, który w umyśle Lorraine nosił miano Maeve.
Pozwoliła sobie na delikatny uśmiech dopiero kiedy skłoniła się publiczności. Woda obmyła jej stopy, kiedy śmiało przekroczyła płyciznę, kierując się w stronę widowni, aby zająć miejsce u boku rodziny.
Nikomu nie powiedziała, że był to utwór o miłości. Zamknęła swoją miłość w milczeniu – jak w grobie z koralu.
Zatraciła się w muzyce.
Rozedrgane dłonie sunęły płynnie po klawiaturze z kości słoniowej, hipnotyzując rozbudowaną warstwą harmoniczną i gwałtownymi zmianami dynamiki bystrej jak porywisty nurt, podstępnie wciągający słuchaczy w wir melodyjnej opowieści o wodnej nimfie, Ondynie. Żywioł zaklęty w postaci kusicielskiej zjawy o nieujarzmionej, ambiwalentnej naturze, nieustannie oscylującej pomiędzy skrajnościami zapisu nutowego: raz delikatnej – z syrenim powabem wabiącej śmiertelnych czarem subtelnych arpeggiów rozchodzących się falami po powierzchni jeziora – raz porywczej – dziko manifestującej potęgę swej wodnej domeny dramatycznym crescendo akordów przypominającym huk wodospadu. Piękna, ale i groźna, krucha i drapieżna zarazem, świadoma swej fizyczności, choć przecież niematerialna. Utkane z mgieł i wodnej piany widziadło o płynnej tożsamości i bezcielesnej formie igrało w przestrzeni wyobraźni jak światło rozszczepione w pryzmacie kropli wody. Ondyna pozostawała nieuchwytna, nie przestając przy tym kusić śmiertelnika, który zabłądził nad brzeg jej jeziora. Zanurz się ze mną w wodną toń, szeptała tajemniczo, a ręce spowitych w półprzezroczyste welony najad wyciągały się w tęsknej konwulsji z jeziornych odmętów.
Melodia zaczęła nabierać tempa. Ciała tancerek, wyobrażających orszak królowej otchłani, były w ciągłym ruchu, uosabiając jedność z płynącą wodą. Nienazwana groza czaiła się teraz pod niebezpiecznie falującą powierzchnią jeziora. Gesty przygrywającej półwili naśladowały gesty nimfy – pozornie erratyczne, nacechowane jednak nieuchronnością technicznej precyzji pianistki, długo przygotowującej się do występu – Lorraine to zwalniała, to przyspieszała, ale nigdy nie utraciła kontroli nad narracją, wydobywając z polifonii partytury głębię dźwiękowego krajobrazu: momenty gęstej ciszy i dusznego spokoju przeplatała łoskotem rozbryzgów wody wzburzonego jeziora, które odsłoniło podwoje podwodnego pałacu wysadzanego kryształami łez i perłami uśmiechów jego pani.
Zostań ze mną pod falami, prosiła tęsknie nimfa, ostatni raz wyciągnąwszy dłoń w stronę wiarołomnego kochanka, zanim zniknęła w mrocznej głębinie – zawsze kapryśna, zawsze niestała, zawsze nieprzewidywalna w swych sympatiach i nienawiściach – podwodny miraż odprowadzany burzliwą kakofonią dźwięków niby śmiechem bogów.
Lorraine odchyliła się lekko do tyłu – z namaszczeniem wygrywała ostatni z pasażów utworu, skrzyżowawszy ręce nad klawiaturą – wreszcie widać było jej twarz, dotychczas skrytą za srebrzystoblond taflą długich włosów spływających kaskadą na wątłe ramiona: twarz równie nieprzeniknioną, co jeziorna toń. Dziwna zaciętość błyszczała w jej oczach. Kończące nuty wybrzmiały niczym odległe echo snu, bo Ondyna była przecież tylko snem – snem letniej nocy sklejającym rzęsy babim latem oniryzmu – niedosięgłym ideałem, który w umyśle Lorraine nosił miano Maeve.
Pozwoliła sobie na delikatny uśmiech dopiero kiedy skłoniła się publiczności. Woda obmyła jej stopy, kiedy śmiało przekroczyła płyciznę, kierując się w stronę widowni, aby zająć miejsce u boku rodziny.
Nikomu nie powiedziała, że był to utwór o miłości. Zamknęła swoją miłość w milczeniu – jak w grobie z koralu.