30.09.2024, 21:29 ✶
Camille często bywała na podobnych wydarzeniach, gdy jeszcze mieszkała we Francji. Była oczywiście wtedy dużo młodsza, a także była niemal zawsze pod ostrzałem karcących spojrzeń rodziców, którzy dbali o to, by panna Delacour prezentowała się nad wyraz wspaniale i idealnie. Wychowanie jej rodziny było tak mocne i tak mocne odcisnęło na niej piętno, że nawet pomimo upływu tych wszystkich lat blondynka siedziała wyprostowana, z założoną nogą na nogę, wygładzając na początku materiał beżowej sukni. Na miękkim, lejącym materiale znajdowały się naszyte cekiny, wzmocnione magią, by błyszczały gdy tylko właścicielka sobie tego zażyczy. Na ten moment, gdy rozpoczęły się pierwsze występy, Camille nie zamierzała nikogo rozpraszać. Pochodziła z rodziny artystów, doskonale wiedziała że wiercenie się czy kręcenie dłońmi, na których znajdowały się błyszczące pierścionki i bransoletki, nie było mile widziane. Siedziała więc spokojnie, z lekkim uśmiechem na ustach pociągniętych czerwoną, nierozmazywalną szminką, tylko od czasu do czasu zerkając na swojego towarzysza.
Występ Baldwina przyjęła z lekkim uniesieniem brwi. Miał miłą dla ucha barwę głosu, a jego gesty idealnie współgrały z mową. Lekko przechyliła głowę, wsłuchując się w historię, którą chciał im przekazać. Zdawało się, że nie tyle co ją poruszył, a wciągnął w opowieść. Na tyle, że drgnęła, gdy mężczyzna się teleportował. Nieco skonsternowana zerknęła na swojego towarzysza, ale nie powiedziała nic.
Kolejna była Rita. Camille zmarszczyła brwi, bo nie kojarzyła tej kobiety. MUZA promowała nieznane twarze? Pytanie tylko, czy to się dobrze dla Kelly skończy. Z kolejnymi taktami muzyki Delacour miała wrażenie, że dobrze wybrali pianistkę. Gra Rity była jeszcze bardziej wciągająca niż opowieść Malfoya. Była idealnym wyważeniem pomiędzy pędem, forte i piano. Chwytała za serce ale być może dlatego, że utwór bardzo przypadł jej samej do gustu. Muzyka nabierała rozpędu i gdy wybrzmiały ostatnie takty, Delacour aż westchnęła, z żalem przyjmując, że to koniec.
Lorraine kojarzyła. Ciężko było nie kojarzyć tak pięknej, eterycznej kobiety. Widziała ją ledwo wczoraj, a miała wrażenie, jakby półwila nie tylko nie uczestniczyła w przyjęciu, ale i poszła na zasłużony odpoczynek, bo wyglądała zjawiskowo. Jej wygląd przyćmił odrobinę występ Rity, ale Camille z zaskoczeniem stwierdziła, że to właśnie muzyka Kelly bardziej chwyciła jej serce i wprawiła w drżenie. Być może dlatego, że wyczuwała w muzyce blondynki miłosną tęsknotę, którą odrzuciła i zamknęła swoje odczucia, przez co mogła niewłaściwie zinterpretować utwór.
Jednak to Oleander i jego muzyka sprawiły, że Camille zacisnęła dłonie na materiale sukni. Lekko rozchyliła usta i miała wrażenie, że na chwilę gubi oddech. To było to, czego szukała. To, przed czym się broniła i to, przez co nie mogła rozkoszować się występem Lorraine. Przez kilka uderzeń serca miała wrażenie, że świat wiruje, a ona zaraz zsunie się z krzesła, dlatego też na krótką chwilę chwyciła za przedramię swojego towarzysza. Posłała mu przepraszające spojrzenie w momencie, w którym rozległy się oklaski, do których ochoczo dołączyła.
- Słyszał pan kiedyś coś bardziej adekwatnie opisującego nasze życie? - nachyliła się w stronę mężczyzny, starając się nie mówić zbyt głośno, ale na tyle wyraźnie, by dosłyszał jej słowa bez przeszkód. Absolutnie nie spodobało jej się przemówienie kobiety, co skomentowała nijak inaczej niż gwałtownym zakończeniem braw i ściągnięciem brwi w wyrazie niezrozumienia.