Niektórym wystarczyło tylko odrobina uwagi, żeby zakwitli. Electra zaliczała się do tych osób. I nie chodziło nawet o uwagę tłumów, ale zrzucenie z siebie krępujących karbów nadmiernie protekcyjnego rodzicielstwa, którym to rodzicielom wydawało się, że tak powinno być. Albo po prostu leczyli swoje smutki i kompleksy wplatając w sumę życia jad i spektakularne upadki. Nie było sprawiedliwości w tym, jak traktowana była Electra, nie było też sprawiedliwości dla Icarusa - ale teraz oto byli tutaj. Grudniowy wieczór, kiedy wszystko rozpalone jest migoczącymi lampkami i kiedy sama Electra lśni. Błyska i błyszczy - nie dlatego, że ludzie oglądali się za nią i gotowi byli prosić o autograf - do takiej sławy chyba jeszcze mały krok, prawda? Dlatego, że uwaga, którą dostawała, zapełniała więcej niż próżność serca. Dlatego, że jad nie był już główną składową nici, z której Mojry plotły jej przeznaczenie. Taką twarz powinnaś nosić - Laurent nie mół pomyśleć o niczym innym, kiedy zobaczył jej uśmiech i gwiazdy rozesłane po jej oczach. Piękno przyjmowało różne formy, ale dla niego zawsze było najbardziej wyraźne w takiej postaci - w człowieku. W ludziach, szczególnie bliskich, którzy nie mieli w danej chwili trosk, a dzielili się szczęściem ze światem, jakby to było ich powołanie od pierwszego oddechu.
- Ogromne. Być może dobrze będzie dolać oliwy do tego płomienia, żeby go podtrzymać. Nie sądzisz? - Jeśli już szczęście nam tutaj jaśniało to nie zapomnijmy o nim i nie zapomnijmy o niego dbać. Łatwo się tym zachłysnąć - chwilą swobody, po której już wszystko wydawało się płynąć samoistnie. Samoistnie jednak niewiele się w tym życiu działo, tak jak niewiele rzeczy można było tutaj dostać za darmo. W mrocznych czasach, które już nastały i jeszcze mroczniejszych, które nastać miały wraz z wiosną. Jak wiele chwile takie jak te miały znaczyć, zapisane w pamięci i napędzające szczęśliwe uczucia mieli się dopiero przekonać. - W istocie... pragnąłem napomknąć, że - niestety - kiepskie zdrowie Basiliusa jest ciężkie do prześcignięcia. - Niestety, bo Laurent nie chciał robić takich porównań, niestety, bo nic nie dało się zrobić i zaradzić na ten stan. Niestety, bo przecież zaradzić się chciało. Tymczasem musieli żyć - medyk, który nie mógł sobie samemu pomóc, to dopiero była tragedia, prawda? Potraktował to jednak lekko - na tyle, na ile wrażliwość i żal, że Basilius nie mógł biegać z innymi chłopcami, kiedy był na to czas, pozwalała. Bo Laurent do tych chłopców zaliczać się chciał, ale zawsze się po drodze wywalił, albo Atreus do popchnął, żeby się dzieciak na pewno popłakał. Albo Laurent zaczynał symulować płacz, żeby zwrócić na siebie odpowiednią atencję. Wiele się zmieniło od tych dziecięcych lat... choć akurat nie próżność. Ta pozostała taka sama - była tylko o wiele lepiej maskowana.
- Oba. - Przesunął czule dłonią po tym szaliku, zadowolony, że Electra zadbała o ciepły ubiór - dla dobrego wyglądu w końcu można wiele zrobić, wiedział to najlepiej. Sam potrafił trochę przesadzić z tym "poświęceniem", a potem chodziło się i kichało. Kichanie zaś było jeszcze mniej eleganckie niż dobrze dobrany szalik. Z całą pewnością podczas choroby wypadało się na wiele sposobów, ale na pewno nie "idealnie". - Światła Carkitt Market wyglądają jak gwiazdy ukradzione z nieba, by każdy śmiertelnik mógł spróbować wyciągnąć po nie dłoń. - Uśmiechnął się z wesołym błyskiem w oku, oddając niezbędną przestrzeń osobistą kuzynce. - I z wielką przyjemnością pomogę. Wręcz byłbym zobowiązany i nalegał - wyciągnął szarmancko rękę do Electry - by dama towarzyszyła mi w tym jakże istotnym dniu. Ze słusznym przyuważaniem: co dwie głowy to nie jedna, a lepiej, by prezenty były całkowicie unikalne.