01.10.2024, 07:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2024, 19:27 przez Brenna Longbottom.)
Siedzę sobie, rozglądam się, potem oglądam występ i zerkam krótko ku ministrze
Mogłeś wyciągnąć Brygadzistkę ze służby, ale nie dało się wyciągnąć służby z Brygadzistki... czy jakoś tak. Brenna, mimo że nie w szarym mundurze, a srebrzystej sukni, wybranej z myślą o tym, aby dobrze się wpasować w motyw przewodni, ale też nie rzucać straszliwie w oczy, rozglądała się odruchowo.
Wejścia, wyjścia, obsługa (w ptasich maskach, do licha, Brenna nie lubiła nie widzieć czyjejś twarzy), znamienici goście, kto gdzie siedzi – cholera, dużo ich, w dodatku wpuścili Malfoya i Jenkins na jedno przyjęcie, i mieli tu tylko tylu Brygadzistów - potencjalne dziury w zabezpieczeniach... Dopiero w drugiej kolejności dostrzegła, że Muza zauważalnie się postarała przy całej oprawie i że pewnie obecni tu mecenasi sypali na towarzystwo groszem nader chętnie. Ona akurat rzadko wspierała akurat inicjatywy muzyczne, a choć temat przewodni był bliski jej sercu, to raczej z powodu książek - nie żeby nie lubiła muzyki, bo ją uwielbiała, ale nie była szczególnym znawcą.
I tak naprawdę była tu głównie dlatego, że... właściwie dlaczego miałaby odmówić zaproszeniu? (To znaczy może dlatego, że powinna pewnie spędzić wolny wieczór na kończeniu remontu w Księżycowym Stawie, ale wyrzuty sumienia z tego powodu postanowiła odłożyć na później.)
Sporo ją kosztowało skupienie się podczas występów tylko na wykonawcach. Nie dlatego, że występom czegoś brakowało, a ot z powodu brygadowych odruchów. Wszyscy artyści byli utalentowani: Baldwin umiał doskonale wcielać się w rolę i był wręcz stworzony do przybierania chmurnych min. Wybrany poemat należał do tych niepokojących, ale Brenna, zawsze preferująca prozę, nie zamierzała nawet udawać, że rozumie wszystkie ukryte znaczenia wersów. Na widok młodej Rity po ustach Brenny przemknął uśmiech, a jej utwór był doskonale zagrany – przywodził na myśl skojarzenia z baśniami, a Brenna zawsze miała słabość do baśni, i może dlatego trafiał jej do serca, nawet jeśli był wręcz spokojny w porównaniu z kolejnymi utworami. Lorraine wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo niż w czasach szkolnych, a Oleander wiedział, jak przyciągnąć uwagę wszystkich zarówno doborem muzyki, wykonaniem utworu, jak i całą otoczką.
Prawdziwych wrażeń, o dziwo, nie dostarczył jednak koncert, a przemowa prowadzącej.
Sam fakt, że kobieta zdecydowała się wystawić prace mugolaka Brenny nie dziwił. Muza od dawna przynajmniej oficjalnie nie kierowała się krwią, a talentem. To ta głośna deklaracja wywoływała pytanie: dziewczyna jest odważna czy nieświadoma? Nie chodziło nawet o śmierciożerców, a o część zgromadzonych.
- Prędzej jego dzieci, zastanawiające się, czy ciśnie w prowadzącą laurem patrona - wymruczała równie cicho, ale jej spojrzenie nie pomknęło ku Malfoyom. Ich dość oczu będzie obserwowało. Żałowała, że nie może dostrzec, kto krzyknął z namiotu. Przez ułamek sekundy spoglądała za to ku Eugenii i jej partnerowi, nim wróciła spojrzeniem ku scenie.
III, Eugenia i jej kolega
Mogłeś wyciągnąć Brygadzistkę ze służby, ale nie dało się wyciągnąć służby z Brygadzistki... czy jakoś tak. Brenna, mimo że nie w szarym mundurze, a srebrzystej sukni, wybranej z myślą o tym, aby dobrze się wpasować w motyw przewodni, ale też nie rzucać straszliwie w oczy, rozglądała się odruchowo.
Wejścia, wyjścia, obsługa (w ptasich maskach, do licha, Brenna nie lubiła nie widzieć czyjejś twarzy), znamienici goście, kto gdzie siedzi – cholera, dużo ich, w dodatku wpuścili Malfoya i Jenkins na jedno przyjęcie, i mieli tu tylko tylu Brygadzistów - potencjalne dziury w zabezpieczeniach... Dopiero w drugiej kolejności dostrzegła, że Muza zauważalnie się postarała przy całej oprawie i że pewnie obecni tu mecenasi sypali na towarzystwo groszem nader chętnie. Ona akurat rzadko wspierała akurat inicjatywy muzyczne, a choć temat przewodni był bliski jej sercu, to raczej z powodu książek - nie żeby nie lubiła muzyki, bo ją uwielbiała, ale nie była szczególnym znawcą.
I tak naprawdę była tu głównie dlatego, że... właściwie dlaczego miałaby odmówić zaproszeniu? (To znaczy może dlatego, że powinna pewnie spędzić wolny wieczór na kończeniu remontu w Księżycowym Stawie, ale wyrzuty sumienia z tego powodu postanowiła odłożyć na później.)
Sporo ją kosztowało skupienie się podczas występów tylko na wykonawcach. Nie dlatego, że występom czegoś brakowało, a ot z powodu brygadowych odruchów. Wszyscy artyści byli utalentowani: Baldwin umiał doskonale wcielać się w rolę i był wręcz stworzony do przybierania chmurnych min. Wybrany poemat należał do tych niepokojących, ale Brenna, zawsze preferująca prozę, nie zamierzała nawet udawać, że rozumie wszystkie ukryte znaczenia wersów. Na widok młodej Rity po ustach Brenny przemknął uśmiech, a jej utwór był doskonale zagrany – przywodził na myśl skojarzenia z baśniami, a Brenna zawsze miała słabość do baśni, i może dlatego trafiał jej do serca, nawet jeśli był wręcz spokojny w porównaniu z kolejnymi utworami. Lorraine wyglądała jeszcze bardziej zjawiskowo niż w czasach szkolnych, a Oleander wiedział, jak przyciągnąć uwagę wszystkich zarówno doborem muzyki, wykonaniem utworu, jak i całą otoczką.
Prawdziwych wrażeń, o dziwo, nie dostarczył jednak koncert, a przemowa prowadzącej.
Sam fakt, że kobieta zdecydowała się wystawić prace mugolaka Brenny nie dziwił. Muza od dawna przynajmniej oficjalnie nie kierowała się krwią, a talentem. To ta głośna deklaracja wywoływała pytanie: dziewczyna jest odważna czy nieświadoma? Nie chodziło nawet o śmierciożerców, a o część zgromadzonych.
- Prędzej jego dzieci, zastanawiające się, czy ciśnie w prowadzącą laurem patrona - wymruczała równie cicho, ale jej spojrzenie nie pomknęło ku Malfoyom. Ich dość oczu będzie obserwowało. Żałowała, że nie może dostrzec, kto krzyknął z namiotu. Przez ułamek sekundy spoglądała za to ku Eugenii i jej partnerowi, nim wróciła spojrzeniem ku scenie.
III, Eugenia i jej kolega
Rzut Z 1d100 - 84
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.