Faktycznie Jen w oczach Ger była potworem, ale to przez to, że od zawsze miały różne priorytety, wydawało jej się, że wolałaby mieć potulną, bardzo dziewczęcą córkę, która interesowałaby się typowymi dla innych dziewcząt zajęciami, zabawne chyba sama zapominała o tym, że kiedyś była klątwołamaczką i ją również pociągały przygody.
- Grozi mi tym, że jak będę dalej tak usilnie przepychać swoje zdanie to znajdzie mi narzeczonego i wtedy już w ogóle nie będę mogła dyskutować. - Jej to nie bawiło, wcale. Był to jedyny powód dla którego zgadzała się wykonywać te jej wszystkie durne pomysły, ojciec stawał w jej obronie dopóki wykonywała te mniejsze, drobne prośby. Sukienka zdecydowanie była lepszą opcją niż narzeczony, którego nie chciała mieć. Szczególnie taki obcy, z którym ją nic nie łączyło. Aktualnie wierzyła w to, że była tylko jedna, jedyna osoba z którą mogłaby spędzić resztę swojego życia, tyle, że nawet nie była pewna, czy ona czuje to samo, ta przed którą siedziała właśnie teraz.
- Chciałbyś stąd ze mną uciec, wspaniale, piszę się na to. - Zdecydowanie taka perspektywa wydawała się być dla niej przyjemniejsza. Pokazała się tu już przecież, pouśmiechała, a to było wszystko na co umawiała się z ojcem. Mogli zwinąć się stąd nawet w tej chwili. Cóż, dobrze zrobiła, że posłala do niego tego piaskowego skunksa, ten wieczór jeszcze mógł okazać się naprawdę przyjemny.
- Musiałam się pocieszyć tym, co było pod ręką, skoro najlepsza partia była zajęta. - Znowu to robiła. Znowu pokazywała mu to, że w jej oczach był najlepszy. Tyle, że poza słowami nic za tym nie szło. Bała się bowiem, że może nie traktować jej słów poważnie, że może nie widzieć tego, co usilnie próbowała mu pokazać, no może w pewien pokrętny sposób.
Wybuchnęła głośnym śmiechem i nie mogła się opanować, kiedy skomentował swoją dzisiejszą partnerkę. Strasznie rozbawiły ją jego słowa. Może niepotrzebnie się bała tego, że wystarczyła ładna buźka, aby wzbudzić jego zainteresowanie. Znaczy były te plotki, o których pamiętała, o tym, jak się prowadzał, ale on nigdy nie dał jej powodu do niepokoju, nie mówił o swoich podbojach miłosnych odkąd w lutym zaczęli się przyjaźnić, jasne ustalili, że nie będą się sobie zwierzać z tych tematów, mimo wszystko wolała wierzyć w to, że one po prostu nie istniały. Serce by jej pękło, gdyby dowiedziała się, że zabawiał się z jakąś tępą dzidą. Nie powinna oczywiście podchodzić do tego w ten sposób, bo przecież byli tylko przyjaciółmi, nie mogła jednak nic poradzić z tym, że darzyła go zdecydowanie silniejszym uczuciem od zwyczajnej przyjaźni.
Wiele razy wyobrażała sobie, że nadszedł moment, w którym postanowiła mu powiedzieć o tym wszystkim, co w sobie kryła, tych uczuciach, które paliły jej ciało, a którym nie mogła pozwolić wydostać się na zewnątrz. Nie umiała jednak wydusić tego z siebie, kiedy znajdował się obok, nie potrafiła spojrzeć mu w oczy i opowiedzieć o tym, co z nią robił. Bała się, tak cholernie bała się tego, że to mogłoby popsuć to wszystko. Zazwyczaj niczego się nie bała, więc to było dla niej nietypowe. Nie zamierzała jednak już udawać przed sobą samą, że nie działo się nic więcej, było zbyt późno i każda chwila, którą spędzała w jego towarzystwie ją w tym utwierdzała. Nikt nie potrafił jej tak rozbawić swoim gadaniem, zmieniać jej nastroju z bardzo chujowego w kilka sekund na względnie dobry, nikt też nie umiał jej tak zbić z tropu jak on. Jego towarzystwo nigdy jej nie nudziło, rozumiał ją jak nikt inny. Popadała w obłęd nie potrafiła myśleć o niczym innym, tylko o nim. Tęskniła za nim kiedy nie było go obok, zastanawiała się gdzie jest i co robi i czy choć trochę mu jej brakuje. Nie do końca jej się to podobało, bo zahaczało to o czyste szaleństwo. Nigdy jeszcze nikt, aż tak nie nawiedzał jej myśli. Opętał ją jak jakiś demon.
Wysłuchała tego, co miał jej do powiedzenia o jej niedoszłych adoratorach. Niby to było całkiem miłe, że postanowił zaangażować się w sprawę, najwyraźniej trochę zależało mu na tym, aby nikt jej nie niepokoił, ale przecież była duża. Sama sobie potrafiła radzić sobie ze swoimi problemami.
- Wiesz Roise, że nie musisz być moim rycerzem, prawda? - Tak, tak. Nic nie musiał, nie mogła jednak mu o tym nie przypomnieć. Yaxleyówna nie była księżniczką, zdecydowanie nie. Potrafiła załatwiać swoje sprawy, zawsze robiła to sama. - Chyba, że faktycznie chcesz, ale wiesz, jak to się kończy w bajkach, kiedy rycerz ratuje księżniczkę. - Znowu nie powiedziała wprost o co jej chodzi. Znowu próbowała mu sugerować, co mogło się między nimi wydarzyć, jak zawsze zachowywała się bardzo dojrzale. Nie przestawała mu przy tym spoglądać w oczy, ciekawa, co w nich dostrzeże.