01.10.2024, 15:22 ✶
– Cios prosto w serce – westchnęła Brenna na słowa Thomasa, teatralnym gestem układając dłoń na klatce piersiowej. Drobna zmiana twarzy była dla niej wręcz rutyną, po części dlatego, że matka już dawno nauczyła jej tego typu transmutacji, po części, bo ryzyko rozpoznania u niej było odrobinę za duże, gdyby wystąpiła pod własną postacią. Nawet nie chodziło o jakąś pychę i przekonanie, że każdy ją kojarzył, bo Brenna uważała, że zawsze pozostaje w cieniu swojego brata, jasnowłosego i jasnookiego księcia z Doliny Godryka. Była po prostu gliną. Jeśli ten człowiek miał już kiedyś problemy z prawem, mógł na Brennę wpaść.
– Kurde, a miałam zamiar wszystko macać jak leci – powiedziała, robiąc przy tym niby to smutną minę. By nie dotykać przedmiotów, które mogły być potencjalnie przeklęte, to wpadła, ale najwyraźniej nie istniał żaden sposób na to, aby po prostu dało się wypatrzeć, że z takim coś nie tak. Nie żeby się dziwiła. Życie byłoby wtedy zbyt proste. – Myślałam o wzięciu rękawiczek, ale jest na tyle ciepło, że to trochę za bardzo zwracałoby uwagę. O, niezły pomysł. Sam je zrobiłeś?
Przyjęła fałszoskop, obróciła go ciekawie w dłoni, a potem ostrożnie umieściła w kieszeni. Oczywiście, problem polegał na tym, że pewnie będzie wirował też na próbę sprzedania im jakiegoś szmelcu albo przedstawienia zawyżonej ceny, ale zawsze mogło to trochę ułatwić sprawę.
Szkoda, że nie ma tu Mav, pomyślała z żalem, bo ona wyczułaby zapach czarnej magii, niewyczuwalny dla nich. Ale Brenna zdusiła tę myśl szybko. Nie mogła myśleć o takich rzeczach. Musiała nauczyć się radzić sobie bez kuzynki, dla której konflikt, tkwiące w głowie wspomnienia Derwina, śmierć ukochanego wuja i Zimni… to okazało się być trochę za wiele.
– Jeśli nic nie znajdziemy, zmienię się w jakimś zaułku, wyczarujemy obrożę i spróbujemy w ten sposób.
Chociaż wolała tego uniknąć, bo ostatecznie zmieniała się w wilczycę, nie psa. W środku miasta wprawdzie większość uzna pewnie, że to wielki wilczur, ale wciąż lepiej było traktować to wyjście jako ostateczność.
– To co? Ruszamy?
Wsunęła obie dłonie do kieszeni, też dlatego, by nie sięgnąć po coś odruchowo i ruszyła w stronę targowiska.
– Kurde, a miałam zamiar wszystko macać jak leci – powiedziała, robiąc przy tym niby to smutną minę. By nie dotykać przedmiotów, które mogły być potencjalnie przeklęte, to wpadła, ale najwyraźniej nie istniał żaden sposób na to, aby po prostu dało się wypatrzeć, że z takim coś nie tak. Nie żeby się dziwiła. Życie byłoby wtedy zbyt proste. – Myślałam o wzięciu rękawiczek, ale jest na tyle ciepło, że to trochę za bardzo zwracałoby uwagę. O, niezły pomysł. Sam je zrobiłeś?
Przyjęła fałszoskop, obróciła go ciekawie w dłoni, a potem ostrożnie umieściła w kieszeni. Oczywiście, problem polegał na tym, że pewnie będzie wirował też na próbę sprzedania im jakiegoś szmelcu albo przedstawienia zawyżonej ceny, ale zawsze mogło to trochę ułatwić sprawę.
Szkoda, że nie ma tu Mav, pomyślała z żalem, bo ona wyczułaby zapach czarnej magii, niewyczuwalny dla nich. Ale Brenna zdusiła tę myśl szybko. Nie mogła myśleć o takich rzeczach. Musiała nauczyć się radzić sobie bez kuzynki, dla której konflikt, tkwiące w głowie wspomnienia Derwina, śmierć ukochanego wuja i Zimni… to okazało się być trochę za wiele.
– Jeśli nic nie znajdziemy, zmienię się w jakimś zaułku, wyczarujemy obrożę i spróbujemy w ten sposób.
Chociaż wolała tego uniknąć, bo ostatecznie zmieniała się w wilczycę, nie psa. W środku miasta wprawdzie większość uzna pewnie, że to wielki wilczur, ale wciąż lepiej było traktować to wyjście jako ostateczność.
– To co? Ruszamy?
Wsunęła obie dłonie do kieszeni, też dlatego, by nie sięgnąć po coś odruchowo i ruszyła w stronę targowiska.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.