01.10.2024, 20:49 ✶
Eden przesunęła wzrokiem po otaczających ją twarzach z delikatnym, niemal nieuchwytnym znudzeniem. Oparła się lekko o oparcie krzesła, bardziej skupiając się zgrabnym ułożeniu dłoni na własnych kolanach niż na występach. Sztuka, pomyślała, to rozrywka dla tych, którzy nie mają innych sposobów, aby wypełnić swoje życie. Nie miała potrzeby angażować się emocjonalnie w to, co działo się na scenie, nawet jeśli całe to przedstawienie zostało przygotowane z największą starannością. Była tu tylko dla Lorraine, której rola - jakkolwiek skromna - była powodem, dla którego Eden zgodziła się uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Gdy zaś inny kuzyn ze srebrnowłosej kolekcji Malfoyów popisywał się swoją doprawdy rzadką umiejętnością powtarzania z pamięci raz przeczytanego tekstu, Eden nie mogła się powstrzymać od subtelnego ziewnięcia. Podziw w oczach zebranych, którzy skierowali je na Baldwina, działał na nią niczym mdły eliksir - niedający satysfakcji, lecz przynoszący pewien rodzaj przytłumionej świadomości, że wszystko, co działo się przed nią, było po prostu grą pozorów.
Uśmiechnęła się dopiero wtedy, kiedy Lorraine wygrywała swój utwór; ciężko nazwać było jej wyraz twarzy radosnym, ale na moment wyrwała się z marazmu i marzeń o drzemce, będąc wspartą dyskretnie na ramieniu ojca. Eden absolutnie nie znała się na sztuce; odziedziczywszy geny bezpośrednio po Fortinbrasie ledwie rozróżniała kolory, a o talencie muzycznym lepiej nie wspominać, bo już po dwóch lekcjach pianina wszyscy wiedzieli, że jej słoń na ucho nadepnął i powinna skupić się na algebrze.
Warto było też wspomnieć, że obecność Lorraine była jedynym, co osładzało jej dzisiejszy wieczór. Jeśli wziąć pod uwagę, że byli tutaj rodzice, czekało ją kilka ciężkich godzin wysłuchiwania ich sprzeczek na najdaremniejsze tematy pod słońcem, a także patrzenia, jak każda scysja ucicha w zatrważającym tempie, gdy ktoś obcy wchodzi w ich peryferię. Ponadto musiała sobie dorobić te nieszczęsne elfie uszy, które próbowała za wszelką cenę schować pomiędzy włosami. Marzyła wręcz, aby ten Sen Nocy Letniej okazał się snem wiecznym.
Gdy młodziutka gospodyni weszła na scenę, jej wzruszenie było tak wyraźne, że aż niemal drażniące. Eden przysłuchiwała się jej przemowie z obojętnym wyrazem twarzy, choć w myślach ironicznie przewracała oczami. Na wspomnienie o mężczyźnie, który "otworzył magiczną linię" w swojej rodzinie, Eden wyprostowała się nieco, zainteresowana - ale nie przez sztukę. W całym jej wychowaniu krew była wszystkim. Choć sama coraz mniej zgadzała się z tą linią, wiedziała, że siedzi obok człowieka, dla kogo fakt, że ktoś, kto dopiero odkrył swoją magiczną moc, miałby zasługiwać na takie pochwały, był wręcz absurdem.
Spojrzała na ojca badawczo, ale starając się nie wyrazić żadnej reakcji na słowa gospodyni. Nie chciała dokładać drwa do ogniska.
Wtedy rozległo się głośne ŻE CO PROSZĘ?! z namiotu artystów. Zmrużyła oczy, tłumiąc cień rozbawienia. Przez chwilę cisza była wręcz namacalna, jakby wszyscy czekali na coś więcej, ale Lestrange nie miała zamiaru udawać, że jest w to wszystko zaangażowana. Gdy Królowa Tytania uniosła dłonie, klaskając, Eden pochyliła się lekko do przodu, zmuszając się do kilku chłodnych, niezbyt entuzjastycznych oklasków. To powinno wystarczyć, aby nie wyróżniać się w tłumie, choć w rzeczywistości nie czuła żadnej potrzeby, by dopasować się do reszty.
Rzucam na percepcję, żeby obczaić reakcję Fortiego i dowiedzieć się, jak szybko się ewakuować
Gdy zaś inny kuzyn ze srebrnowłosej kolekcji Malfoyów popisywał się swoją doprawdy rzadką umiejętnością powtarzania z pamięci raz przeczytanego tekstu, Eden nie mogła się powstrzymać od subtelnego ziewnięcia. Podziw w oczach zebranych, którzy skierowali je na Baldwina, działał na nią niczym mdły eliksir - niedający satysfakcji, lecz przynoszący pewien rodzaj przytłumionej świadomości, że wszystko, co działo się przed nią, było po prostu grą pozorów.
Uśmiechnęła się dopiero wtedy, kiedy Lorraine wygrywała swój utwór; ciężko nazwać było jej wyraz twarzy radosnym, ale na moment wyrwała się z marazmu i marzeń o drzemce, będąc wspartą dyskretnie na ramieniu ojca. Eden absolutnie nie znała się na sztuce; odziedziczywszy geny bezpośrednio po Fortinbrasie ledwie rozróżniała kolory, a o talencie muzycznym lepiej nie wspominać, bo już po dwóch lekcjach pianina wszyscy wiedzieli, że jej słoń na ucho nadepnął i powinna skupić się na algebrze.
Warto było też wspomnieć, że obecność Lorraine była jedynym, co osładzało jej dzisiejszy wieczór. Jeśli wziąć pod uwagę, że byli tutaj rodzice, czekało ją kilka ciężkich godzin wysłuchiwania ich sprzeczek na najdaremniejsze tematy pod słońcem, a także patrzenia, jak każda scysja ucicha w zatrważającym tempie, gdy ktoś obcy wchodzi w ich peryferię. Ponadto musiała sobie dorobić te nieszczęsne elfie uszy, które próbowała za wszelką cenę schować pomiędzy włosami. Marzyła wręcz, aby ten Sen Nocy Letniej okazał się snem wiecznym.
Gdy młodziutka gospodyni weszła na scenę, jej wzruszenie było tak wyraźne, że aż niemal drażniące. Eden przysłuchiwała się jej przemowie z obojętnym wyrazem twarzy, choć w myślach ironicznie przewracała oczami. Na wspomnienie o mężczyźnie, który "otworzył magiczną linię" w swojej rodzinie, Eden wyprostowała się nieco, zainteresowana - ale nie przez sztukę. W całym jej wychowaniu krew była wszystkim. Choć sama coraz mniej zgadzała się z tą linią, wiedziała, że siedzi obok człowieka, dla kogo fakt, że ktoś, kto dopiero odkrył swoją magiczną moc, miałby zasługiwać na takie pochwały, był wręcz absurdem.
Spojrzała na ojca badawczo, ale starając się nie wyrazić żadnej reakcji na słowa gospodyni. Nie chciała dokładać drwa do ogniska.
Wtedy rozległo się głośne ŻE CO PROSZĘ?! z namiotu artystów. Zmrużyła oczy, tłumiąc cień rozbawienia. Przez chwilę cisza była wręcz namacalna, jakby wszyscy czekali na coś więcej, ale Lestrange nie miała zamiaru udawać, że jest w to wszystko zaangażowana. Gdy Królowa Tytania uniosła dłonie, klaskając, Eden pochyliła się lekko do przodu, zmuszając się do kilku chłodnych, niezbyt entuzjastycznych oklasków. To powinno wystarczyć, aby nie wyróżniać się w tłumie, choć w rzeczywistości nie czuła żadnej potrzeby, by dopasować się do reszty.
Rzucam na percepcję, żeby obczaić reakcję Fortiego i dowiedzieć się, jak szybko się ewakuować
Rzut Z 1d100 - 78
Sukces!
Sukces!
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~