01.10.2024, 21:41 ✶
Scylla stała przed ścianą, na której wisiały robaki zamknięte za szkiełkiem, jej palce delikatnie sunęły po gładkiej powierzchni, jakby badały nie sam obiekt, a jego istotę. Jej wzrok, nieco zamglony, zogniskował się na tych drobnych istotach, lecz nie dostrzegała ich wprost. Jej myśli były daleko, błądziły między mrocznymi korytarzami wyobraźni, w których ludzie i zwierzęta stapiały się w jedno.
Atmosfera w pomieszczeniu była ciężka, niemal duszna, choć to nie przez brak świeżego powietrza. Leviathan siedział przy stole, jego cierpliwość była wyczuwalna, choć coraz bardziej nadwątlona. Czekał, ale Scylla zdawała się być gdzie indziej, w świecie, w którym wszystko działo się poza jego kontrolą. Niechybnie od samego początku wiedział, że współpraca z Greybackiem nie będzie łatwa. Ta dziewczyna, choć nie miała nic wspólnego z bolączką reszty rodziny, wciąż miała w sobie coś dzikiego i nieoswojonego - nieprzewidywalna, tajemnicza, nie do końca osadzona w rzeczywistości, w której żyli inni czarodzieje.
Niespiesznie oderwała wzrok od gabloty i odwróciła się do Leviathana. Jej ruchy były niemal płynne, miękkie, jakby poruszała się zgodnie z rytmem, który słyszała tylko ona. Zbliżyła się do stołu, ale nie usiadła. Zamiast tego, stanęła nad nim, patrząc przez niego, nie na niego, jakby zastanawiała się nad czymś znacznie bardziej złożonym niż prosta rozmowa o centaurach.
- Jakim kryterium się kierujesz, umieszczając truchła pod szkłem? - Zadała pytanie, które, choć wyglądało na złożone z ciekawości, w połączeniu z poważnym spojrzeniem wybrzmiało niepokojem. - Czy umieszczasz tam wszystko, co osobliwe naturze? Czy po twojej śmierci też pod nim się znajdziesz? - Przechyliła głowę, czekając kilka płytkich oddechów na reakcję, ale za moment odsunęła ostrożnie krzesło i umościła się na nim wygodnie.
Złożyła dłonie, zaplotła palce jak do modlitwy, a potem wsparła nadgarstki na skraju stołu. Wolno oparła ciężar własnego ciała na zaciśniętych dłoniach i tak pochylona popatrzyła na Leviathana.
- Nie trap się tym, czy je odnajdziemy - zaczęła ni stąd, ni zowąd, tym razem świdrując Leviathana spojrzeniem. Ciężko było wyczytać, czy wierzyła, przeczuwała, a może zwyczajnie już wiedziała, że odnajdą centaury, ale jasno dawała do zrozumienia, że nie martwi się ewentualną porażką. - Lepiej skup się na tym, co chcesz im powiedzieć. Nie masz pewności, że cię wysłuchają - poradziła, uśmiechając się przyjaźnie. Z ust kogokolwiek innego brzmiałoby to jak ukryta pod grzecznością kpina, ale w przypadku Scylli była to jedynie dobroduszna rada.
Atmosfera w pomieszczeniu była ciężka, niemal duszna, choć to nie przez brak świeżego powietrza. Leviathan siedział przy stole, jego cierpliwość była wyczuwalna, choć coraz bardziej nadwątlona. Czekał, ale Scylla zdawała się być gdzie indziej, w świecie, w którym wszystko działo się poza jego kontrolą. Niechybnie od samego początku wiedział, że współpraca z Greybackiem nie będzie łatwa. Ta dziewczyna, choć nie miała nic wspólnego z bolączką reszty rodziny, wciąż miała w sobie coś dzikiego i nieoswojonego - nieprzewidywalna, tajemnicza, nie do końca osadzona w rzeczywistości, w której żyli inni czarodzieje.
Niespiesznie oderwała wzrok od gabloty i odwróciła się do Leviathana. Jej ruchy były niemal płynne, miękkie, jakby poruszała się zgodnie z rytmem, który słyszała tylko ona. Zbliżyła się do stołu, ale nie usiadła. Zamiast tego, stanęła nad nim, patrząc przez niego, nie na niego, jakby zastanawiała się nad czymś znacznie bardziej złożonym niż prosta rozmowa o centaurach.
- Jakim kryterium się kierujesz, umieszczając truchła pod szkłem? - Zadała pytanie, które, choć wyglądało na złożone z ciekawości, w połączeniu z poważnym spojrzeniem wybrzmiało niepokojem. - Czy umieszczasz tam wszystko, co osobliwe naturze? Czy po twojej śmierci też pod nim się znajdziesz? - Przechyliła głowę, czekając kilka płytkich oddechów na reakcję, ale za moment odsunęła ostrożnie krzesło i umościła się na nim wygodnie.
Złożyła dłonie, zaplotła palce jak do modlitwy, a potem wsparła nadgarstki na skraju stołu. Wolno oparła ciężar własnego ciała na zaciśniętych dłoniach i tak pochylona popatrzyła na Leviathana.
- Nie trap się tym, czy je odnajdziemy - zaczęła ni stąd, ni zowąd, tym razem świdrując Leviathana spojrzeniem. Ciężko było wyczytać, czy wierzyła, przeczuwała, a może zwyczajnie już wiedziała, że odnajdą centaury, ale jasno dawała do zrozumienia, że nie martwi się ewentualną porażką. - Lepiej skup się na tym, co chcesz im powiedzieć. Nie masz pewności, że cię wysłuchają - poradziła, uśmiechając się przyjaźnie. Z ust kogokolwiek innego brzmiałoby to jak ukryta pod grzecznością kpina, ale w przypadku Scylli była to jedynie dobroduszna rada.
i poklękli spóźnieni u niedoli swej proga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga
by się modlić o wszystko, lecz nie było już Boga