Granice były zapomniane. Nareszcie, bo miała ich już po dziurki w nosie, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie musiała tego robić. Przekraczała je w każdej możliwej dziedzinie życia, bez zastanowienia, to był ten jeden, jedyny raz, gdy się powstrzymywała. Nie żałowała tego jednak, może dzięki temu te pocałunki były takie słodkie? To, jak długo zajęło im dotarcie do siebie tylko pogłębiało jej pragnienie. Łaknęła jego bliskości ogromnie, najchętniej nie pozwoliłaby mu się wypuścić z ramion. Zasługiwali na nagrodę, przecież tak grzecznie czekali na to, aż wreszcie coś się wydarzy.
Omal przy tym nie oszaleli, ale to była inna sprawa, grunt, że to szaleństwo było już za nimi, a może dopiero miało się zacząć? Zapewne dopiero się okaże.
Zamierzała się cieszyć tą chwilą, bo długo na nią czekała. Wyobrażała sobie wiele razy moment, w którym w końcu opadnie to wiszące między nimi napięcie. Chodziła przez nie po ścianach, zupełnie niepotrzebnie, bo on ją chciał. Taką, jaka była, a miał szansę już poznać jej wszystkie możliwe wersje, od tych najgorszych po najlepsze, bo się przecieżprzyjaźnili od kilku miesięcy. Gościli w swoim życiu, mieli teraz tylko zadomowić się w zupełnie inny sposób.
Kiedyś pewnie by się zapierała, że nigdy nie będzie gotowa się zakochać, ale to się stało. Przyszło do niej niespodziewanie, jednak kiedy wpatrywała się w jego zielone oczy, przypominające jej wiosnę wiedziała, że zupełnie niepotrzebnie się tego bała. Teraz nie widziała nic złego w tym, że chciała wejść do jego życia, rozgościć się wygodnie i tam zostać. Nie czuła, żeby to mogło ją w jakikolwiek sposób ograniczać, wręcz przeciwnie, czuła się dzięki temu silniejsza, lepsza.
- Zauważyłam. - Nie szła im ta gra w niedopowiedzenia. Zdecydowanie. Krążyli wokół siebie nie do końca potrafiąc się określić. Byli uparci, żadne z nich nie chciało wykonać pierwszego kroku, za bardzo bali się tego, że się sparzą. To było całkiem zrozumiałe, ta przyjaźń była trochę jak wróbel którego trzymali kurczowo w garści i nie chcieli wypuścić, wystarczała im póki mogli ze sobą przebywać. Tyle, że zasługiwali na coś więcej, dzisiaj to do niej dotarło, dlatego też w końcu postanowiła powiedzieć, co jej leżało na sercu. Powinna być wdzięczna za to pannie Delacour, gdyby nie jej obecność u jego boku Yaxleyówna zapewne nie zdecydowałaby się odezwać.
- Nie, Roise, wcale nie jesteś prostym człowiekiem. - Nie w jej oczach, nigdy nie był prosty. Nawet nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ją zadziwiał, jak często łapała się na tym, że próbowała go zrozumieć, a zamiast tego gubiła się jeszcze bardziej. Zdecydowanie Ambroise Greengrass nie był prostym człowiekiem.
W końcu wyciągnęła dłoń, aby dotknąć jego twarzy, opuszkiem palca delikatnie go po niej gładziła. Wreszcie mogła go dotknąć, nie musiała trzymać rąk przy sobie i strasznie jej się to podobało. Udało im się uciec z kajdan przyjaźni, które sami niepotrzebnie sobie narzucili, teraz mogło być tylko lepiej, w końcu uzyskali wolność, której pragnęli.
Pokręciła przecząco głową, kiedy to znienawidzone przez nią słowo padło z jego ust. Nie mógł jej tak więcej nazywać, zdecydowanie zamierzała odejść od tego słowa, bo kojarzyło jej się bardzo nieprzyjemnie.
- Zgadzam się z tobą, też go nie znoszę. - Żadne słowo jej nie denerwowało jak to, bo umniejszało temu, co się między nimi działo. Czuła, że jest to coś więcej, ale przez ramy w jaką wrzucili tę znajomość nie mogła po to sięgnąć. Miała wrażenie, że popsuje coś dobrego, na szczęście to nie tylko przyjaźń była im pisana.
- Chcesz, żebym była twoją dziewczyną? - Skoro już zaczęła kierować się szczerością to zamierzała to kontynuować. Nie wyobrażała sobie, żeby mogło być inaczej, jej serce teraz biło tylko i wyłącznie dla niego i miała nadzieję, że zechce to od niej przyjąć. Wiedziała, że to może być dosyć sporo, ale skoro on nagle stał się jej całym światem liczyła na to, że i ona stanie się jego. Chciała, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Nie dlatego, żeby mieć święty spokój od matki, ciotek i wszystkich innych, pierwszy raz w życiu czuła się w pełni szczęśliwa i chciała, aby inni się o tym dowiedzieli, niech jej zazdroszczą tego, że udało jej się znaleźć swoją brakującą część duszy.
Tak właściwie to zapomniała o tym, gdzie się znajdowali. Już dawno nie myślała o tym przyjęciu, liczyło się tylko to, że znajdowała się teraz w jego ramionach, nic więcej. To było wszystkim, czego w tej chwili potrzebowała. Miała w nosie to, że ktoś mógł ich zobaczyć, niech patrzą i zazdroszczą.
- Bardzo nie chciałabym jej dać tej satysfakcji. - Musiałaby później wysłuchiwać tego, że Jen miała rację, i że powinna częściej kierować się jej wspaniałymi radami. Zdecydowanie nie było to to, czego potrzebowała. Miała jednak nadzieję, że matka wreszcie da jej spokój, na pewno to zrobi, kiedy dowie się, że się spotykają.[/a]To było całkiem naturalne, że mogli podzielić się ze światem tym co ich połączyło. Nie mieli powodu do strachu, bo każde z nich było odpowiednie dla siebie, przynajmniej w kręgach, jak te, w którym przyszło im się obracać. Nie mogli lepiej trafić, może mogliby wzbudzić nieco kontrowersji, gdyby teraz wrócili na to przyjęcie, przemoczeni, umorusani w piachu, ale to by było na tyle.
- Nie, to nie mogło być to. - Wolała myśleć o tym, że naprawdę uważał tę sukienkę za paskudną, bo nie czuła się w niej sobą. Zdecydowanie preferowałaby się jej pozbyć.
- Do mnie, czy do ciebie? - Zdecydowanie nie zamierzała tutaj dłużej zostać, nie kiedy wreszcie mogła mieć go tylko dla siebie, zamierzała się nacieszyć jego obecnością, w każdym, nawet najdrobniejszym calu, poznać go z zupełnie innej strony, bo przecież tyle na to czekała.