Gdyby nie fakt, że Rita miała pojawić się na scenie, z całą pewnością nie zainteresowałby się nawet takim wydarzeniem, jak Sen Nocy Letniej. Nie był artystą i z całą pewnością nie rozumiał sztuki tak, jak rozumieli ją artyści, ale towarzyszył tego wieczoru wujowi, by obejrzeć występ siostry.
Może trochę zazdrościł siostrze, że potrafiła wydobyć z fortepianu melodię, która nie brzmiała, jakby ktoś uderzał w klawisze na oślep metalowym prętem. Kiedy jednak rodzice załatwiali jego bliźniaczce naukę gry, on odmówił. Nie pamiętał już powodu, ale odmówił. I może teraz trochę tego żałował.
W opowieść Baldwina nie wsłuchiwał się zbyt uważnie. Miał przyjemną barwę głosu, to musiał niechętnie przyznać, ale poemat do niego nie trafiał. Wzdrygnął się, gdy Malfoy z trzaskiem zniknął ze sceny. I koniec.
Szeroki uśmiech i błysk w oczach zagościły na jego twarzy, gdy na scenie pojawiła się Rita. Z nieporównywalnie większą uwagą wsłuchiwał się w muzykę, którą prezentowała dla nich jego bliźniaczka. Jej opowieść. Jej marzenie. Czy mógł to nazwać jej Snem? I gdyby zamknął w tym momencie oczy, pozwalając słuchowi wyostrzyć się i muzyce dotrzeć w głębsze zakamarki jego umysłu, z całą pewnością poddałby się tej magii. Czuł, że melodia przeniosła go tam, gdzie była jego bliźniaczka, a jednocześnie miał wrażenie, że przenosił się do własnego Snu. Do własnego lasu, pełnego magii, z którego nie chciał się budzić. Pobudka jednak nie była tak zła, jak można było sobie wyobrazić, a i przyjemne mrowienie i wewnętrzny spokój pozostały w nim, nawet gdy melodia dobiegła końca i Rita opuściła scenę, na której tak pięknie jaśniała.
Występ Lorraine wywołał dziwne uczucia. Takie, których nie potrafił do końca opisać. Zmiany dynamiki melodii nie pozwalały mu skupić się na tych odczuciach, które próbował nazwać. Nie potrafił jednak skupić się na samej melodii, zaskakującej swoją gwałtownością i mamroczącą pomiędzy nutami grozą. Jessie nie zauważył, w którym momencie wstrzymał oddech. Wypuścił powietrze z płuc, gdy Lorraine zeszła ze sceny.
Występ Oleandra był chyba tym, czego najbardziej spodziewał się po takich wydarzeniach. Wciąż uważał występ swojej siostry za najlepszy, ale gra Oleandra była imponująca. Zapierająca dech w piersiach.
Przemowa młodziutkiej gospodyni dała mu czas na kilka uspokajających wdechów i uporządkowanie myśli, które zaraz znów skierowane zostały na inny tor, gdy młódka przedstawiała kreatora wspaniałych kreacji i dekoracji. Urodził się w rodzinie, w której to on otworzył magiczną linię. I omal nie parsknął ze śmiechu, słysząc to piękne ŻE CO PROSZĘ?!, gdyby nie zasłonił ust zwiniętą dłonią. Nie chciał zwrócić na siebie niepotrzebnej uwagi.
Dołączył do owacji, a jego wzrok skupiony był na jego siostrze.