Och... biedne stworzenia, które nie miały okazji zaznać prawidłowej opieki. Stworzenia porzucane przez ludzi, dręczone przez nie, wykorzystywane. Mimochodem poczuł lekki chłód rozlewający się po ciele - to od tego smutku, kiedy raz jeszcze pochylił się nad tym niespokojnym psiskiem, którego niepokój był spowodowany tylko jednym - pragnieniem, żeby móc poskakać. Cieszyć się tym, że teraz uwagę dostawał - i to jaką! Nie był zapomniany, nie był zaniedbany. W schroniskach też warunki bywały bardzo różne, chociaż był pewien, że gdyby tam, gdzie poszła Brenna, było źle to by stamtąd nie wyszła, dopóki by coś się nie zmieniło. Ta kobieta już taka była - niosła serce na swojej dłoni chyba dla wszystkich i wszystkiego, co żywe. Czy wiele się zmieniło z tego, co o niej słyszał, co o niej wiedział? Była kiedyś obrończynią - tarczą i mieczem. Nie potrzebowała swojego księcia z bajki, potrzebowała napierśnika i przyłbicy, żeby móc pognać do przodu w odpowiedniej ochronie. I tak wystawiała się na ciosy. Zanurzył więc palce znów w tym miękkim futrze, czując dreszcz z powodu ciepła tego ciała. Życie. Ziemia, po której stąpali była inna od Morza, które tak ukochał. Ziemia była stała. Zmieniała się powoli, a jej wstrząsy były niemal niespotykane w tym jej zakamarku, którym była Anglia. Woda jednak była ciągle zmienna. Rozkapryszona i nieprzewidywalna. O wiele chętniej pochłaniała życia, jak nieczuła kochanka, która nigdy nie ma dość. Tak pochłonęła życia przed paroma dniami z felernego rejsu. Nie chciał widzieć tego psa w schronisku i nie chciałby go zobaczyć na tonącej łodzi. Nie chciał też myśleć o tym, ile stworzeń naprawdę tam zatonęło.
- To BARDZO duża zmiana. - Podniósł wzrok na Brennę, przesuwając przedramieniem po czole od tego wrażenia uderzenia ciepła. Jakby miał pot się na nim pojawić, ale nic takiego nie miało miejsca. Chodziło mu, rzecz jasna, o wyprowadzeniu trzech psów zamiast jednego. Nie pomyślał w tej chwili nawet w kategorii rodziców. Szczęście, że tutaj rzeczywiście wszyscy lubili te zwierzaki, bo byliby nieźle zdziwieni godząc się na jednego, a dostając ich trzy razy więcej. Tolerancja mogła się poszerzać, ale to było... bardzo mocne jej poszerzenie. Na część o kudzu już tylko skinął głową, chociaż w pierwszej chwili rozchylił wargi, żeby mówić dalej. Powstrzymał się ze względu na to, że właściwie to trzymał ją w korytarzu z psem, z tym mieczem, z prośbą zrobienia herbaty i napojenia Michaela. Rozmowa o rzeczach bzdurnych (według Laurenta szalenie ciekawych, a że widział ciekawość na twarzy Brenny, to tym bardziej zachęcało do opowiadania) przyjdzie czas. Lepiej, żeby przychodził w wygodniejszych warunkach. Na przykład takich, kiedy już herbata jest na stole, a ty siedzisz wygodnie w fotelu czy na tapczanie.
- Brenno. To prezent urodzinowy, w dodatku bardzo spóźniony, nie transakcja handlowa. - Spojrzał na nią łagodnie, z taką pobłażliwością, ale nie tą negatywnego rodzaju. Było to słodkie z jej strony, że od razu myślała o tym, że jest w zamian coś winna. - Spokojnie. Nie śpiesz się. - Uśmiechnął się ulotnie i odprowadził ją spojrzeniem. Tak powiedział, a jednak wcale nie poczuł się komfortowo, kiedy zaczął wsłuchiwać się w dźwięki tego domu. Kiedy został sam. Jakiś uścisk niepokoju kazał mu się poruszyć kilka kroków w głąb domu, ale nie dalej - poczekał na swoją gospodynię. Na szczęście zaraz się pokazała i to w formie jucznej. - Och, proszę... pomogę. - Ulżyło mu od razu, kiedy się pokazała. Wyciągnął ręce po tacę. Tak, po tacę, choć przy każdej innej kobiecie zabrałby miecz. I tu wcale nie chodziło o to, że umniejszał jej kobiecości - ani trochę.