Ta znajomość była wyjątkowa. Dziwna, specyficzna? Na pewno jedna z bardziej specyficznych, jakie nawiązał w swoim życiu. Cennych, ale jednocześnie ułudnych. Chowających się za ramami tego, czego obiecywał sobie samemu nie nawiązywać - relacji ze swoimi ramami. Układy i układziki, które ograniczały i jednocześnie wpasowywały cię w odpowiednią rolę, by każdy czuł odpowiedni komfort. Może to jednak nie było takie złe? Może tacy jak oni właśnie tak powinni funkcjonować? Nie żyć bajką i o bajkach nie marzyć - bardzo proste rozwiązanie. Szkoda tylko, że tak trudno było je zrealizować.
Tak samo łatwo było sobie samemu powiedzieć, że teraz bierze się życie w garść i zostaje jego Panem. Tylko gdzie energia do tego panowania? Gdzie siła, żeby pchać rzeczywistość do przodu i nadawać jej rytm na własnych zasadach? Wszystkie słowa już zostały wypowiedziane, a zarazem nie padło ich wystarczająco dużo. Niepewność, oczekiwania, potrzeby, konieczności. Czy przeszedł tutaj dokładnie po to, co otrzymał? Nie do końca, dostał w zasadzie coś innego, niż oczekiwał. Źle? Nie. Było dobrze. Cicho, spokojnie. Nagle pustka tego miejsca, która wydawała się niemal echem odbijać w niespokojnym umyśle, jawiła się jako coś pozytywnego, a nie negatyw. Pozwalała utopić się w nicości, a tego potrzebował po tym okropnym weselu i zbyt dużej ilości alkoholu, którą wypił dnia wczorajszego do stopnia, w którym średnio pamiętał, co robił w nocy.
Nicholas nie był tak dobry w kłamstwach, jak mu się wydawało. Nie kontrolował w pełni swoich odruchów, nie miał wyuczonej intonacji do kłamania, tych wszystkich opanowanych tricków, które czyniły z człowieka doskonałego kłamcę - jeśli panujesz nad własnym ciałem, zapanujesz nad umysłem innych. Lecz do tego dochodziło wiele pomniejszych szczegółów, które bystre oko bez problemu mogło wyłapać. W gruncie rzeczy był nawet gorszym kłamcą, niż Laurent. Lecz to nie zdolność kłamania go wyrzucała w górę - to ten chłód. Oklumencja, która blokowała wszystko. Ta lodowa ściana wokół lodowego pałacu. I fakt, że Laurent wcale takich bystrych ocząt nie miał, a empatia nie była taką dobrą bronią przeciwko temu człowiekowi. Blondyn się w tym kłamstwa nie doszukiwał - był właściwie wobec tego bezbronny, szczególnie tego wieczoru. W końcu zostało to ładnie już określone: pytasz, dopóki nie zadowoli cię odpowiedź. A skoro go zadowalała, to czemu miał pytać?
Pozwolił sobie jeszcze chwilę zostać. Chwilę, dwie, trzy. Pozwolił nawet ciszy trwać, bo odnalazł w niej ukojenie.
Było coś magicznego w chwili, w której pusta stawała się twoim kocem.