02.10.2024, 21:41 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.10.2024, 21:44 przez Lorraine Malfoy.)
– Zimna to krew – odpowiedziała krótko Lorraine, starając się nadać swojemu głosowi harde, niemalże wyniosłe brzmienie – a Ty nigdy nie jesteś zimna. Ty ogrzewasz moje serce, Maeve. – Krew kipiała w niej, wrzące w arteriach pożądanie zawsze związane z potrzebą absolutnego oddania: chętnie krwawiła dla tych, których kochała, bo miłość w oczach Lorraine była ofiarnym przymierzem, krwawą komunią. Malfoyowie zawsze płacili swoje długi, a jak inaczej spłacić dług miłości, jeśli nie krwią? Maeve była pierwszą, która chciała krwawić dla niej – Maeve, która przeniknęła żyłami prosto do jej serca.
Wróżba przepowiadała jej szczęście w miłości i interesach, ale Lorraine wątpiła, by lokowanie uczuć w wili było dobrą inwestycją. Zdołała opanować twarz i drżące wargi, niebieskie oczy przestały szklić się niebezpiecznie, zniknął głos wysadzany łzami i dziwne zacięcie w spojrzeniu. Nie, ona nigdy nie zaznałaby spokoju: Lorraine nosiła czasem swą miłość jak otwartą ranę, robiła z siebie ofiarę, ostentacyjnie demonstrując uczucia. Lorraine była szczera, ale zamiast przyznać się do szczerości, odrzucała ją: szczere słowa i szczere gesty nagle nabierały znamion manipulacji, były bronią, która kaleczyła jej miękkie ciało, tylko po to, by zaraz zawisnąć nad cudzym gardłem. Lorraine nie potrafiła inaczej, ale próbowała: chciała wierzyć, że Maeve widzi jej próby, że widzi jej szczerość. Nie była pewna, czy usłyszała jej deklarację pośród krzyków, bo ledwo zdołała poruszyć ustami: ale kiedy kobieta składała pocałunek na czole wili, Lorraine przyciągnęła jej dłoń i złożyła na swojej piersi, w miejscu, gdzie czuć było drżenie serca.
Nie bądź kimś, kto potrzebuje, aby prowadzić go przez życie za rączkę, przestrzegała ją zawsze macocha, zawsze chłodna, zawsze zdystansowana – z postępem lat i choroby coraz bardziej izolująca się od ludzi wokół – a choć to nie jej krew płynęła w żyłach Lorraine, zgorzknienie Mirandy zdążyło przeniknąć w krwiobieg przybranej córki, która powtarzała za nią: nie bądź kimś, kto desperacko błaga o czułość. Tylko że przy Maeve nie musiała nigdy błagać. Maeve sama schwyciła jej dłoń, splótłszy palce w niemej deklaracji i pociągnęła Lorraine w stronę bocznych uliczek, odchodzących od placu na Pokątnej, gdzie organizowany był coniedzielny kiermasz.
Dobrze pamiętała moment, w którym pierwszy raz biegły tak razem przez Nokturn, przeciskając się przez gardziele dusznych zaułków – uczepionych pasożytniczo kadaweru głównej ulicy niby pijawki żerujące na potężnym cielsku dogorywającego potwora z głębin – pamiętała moment, kiedy roześmiana Maeve odwróciła głowę, by spojrzeć na zziajaną Lorraine: słońce padło na twarz kobiety, a lekko rozchylone, pełne usta zdawały się mówić “patrz teraz, patrz na mnie” – więc Lorraine patrzyła. Patrzyła, aż zgubiła krok, potykając się o nierówny bruk, bo zamiast patrzeć pod nogi, patrzyła na Maeve – dziką i pełną życia – patrzyła na nią, dopóki nie padły wyczerpane na leżanki w jednej z bocznych sal Palarni Changów, zanosząc się śmiechem. Własnymi, wątłymi rękoma wyrwała ją z ciemności Podziemnych Ścieżek by móc podziwiać jej oblicze w świetle dnia – niby pokraczna antyteza Hadesa, który podstępem uwiódł piękną Persefonę, porywając ją prosto z ramion matki – niegdyś czuła wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy widziała czujne spojrzenia sióstr Maeve odprowadzające ją do wyjścia, ale teraz chętnie patrzyła im w oczy. To, co się nie zmieniło, to była łatwość, z jaką poddała się woli kobiety, gotowość, by pójść za nią na oślep, gdziekolwiek skieruje swoje kroki. Ścisnęła dłoń Maeve, kiedy przeciskały się przez tłum.
Zaraz, co? Łazienkę…? Lorraine uniosła nieznacznie brwi. Och, zrozumiała po chwili, czując, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach, rozlewając się na policzkach rumieńcem, który – jak miała nadzieję – skrył się w półmrok alejki. W wieczornym wydaniu Proroka napiszą pewnie, że złodziej uciekł z bukietem piwonii dla kochanki, nie o tym, że pewna metamorfogini skradła wili całusa – i serce.
– Nie – powiedziała tonem, który brzmiał jak “tak” – musimy najpierw odwiedzić port. Kotwica, Maeve, kotwica – to znak od losu! Pomyśl, czy jest lepsze miejsce, by się ukryć albo uciec z Londynu? Na pewno go tam dopadniemy. – Pociągnęła ją za sobą, nagle rozbawiona, “buzię masz prześliczną, ale nie chcę jej oglądać plakatach gończych”, mówiła Maeve: cóż, jeden list gończy w te czy wewte był małą ceną za bukiet kwiatów dla ukochanej. Bukiet zroszony cudzą krwią.
Wróżba przepowiadała jej szczęście w miłości i interesach, ale Lorraine wątpiła, by lokowanie uczuć w wili było dobrą inwestycją. Zdołała opanować twarz i drżące wargi, niebieskie oczy przestały szklić się niebezpiecznie, zniknął głos wysadzany łzami i dziwne zacięcie w spojrzeniu. Nie, ona nigdy nie zaznałaby spokoju: Lorraine nosiła czasem swą miłość jak otwartą ranę, robiła z siebie ofiarę, ostentacyjnie demonstrując uczucia. Lorraine była szczera, ale zamiast przyznać się do szczerości, odrzucała ją: szczere słowa i szczere gesty nagle nabierały znamion manipulacji, były bronią, która kaleczyła jej miękkie ciało, tylko po to, by zaraz zawisnąć nad cudzym gardłem. Lorraine nie potrafiła inaczej, ale próbowała: chciała wierzyć, że Maeve widzi jej próby, że widzi jej szczerość. Nie była pewna, czy usłyszała jej deklarację pośród krzyków, bo ledwo zdołała poruszyć ustami: ale kiedy kobieta składała pocałunek na czole wili, Lorraine przyciągnęła jej dłoń i złożyła na swojej piersi, w miejscu, gdzie czuć było drżenie serca.
Nie bądź kimś, kto potrzebuje, aby prowadzić go przez życie za rączkę, przestrzegała ją zawsze macocha, zawsze chłodna, zawsze zdystansowana – z postępem lat i choroby coraz bardziej izolująca się od ludzi wokół – a choć to nie jej krew płynęła w żyłach Lorraine, zgorzknienie Mirandy zdążyło przeniknąć w krwiobieg przybranej córki, która powtarzała za nią: nie bądź kimś, kto desperacko błaga o czułość. Tylko że przy Maeve nie musiała nigdy błagać. Maeve sama schwyciła jej dłoń, splótłszy palce w niemej deklaracji i pociągnęła Lorraine w stronę bocznych uliczek, odchodzących od placu na Pokątnej, gdzie organizowany był coniedzielny kiermasz.
Dobrze pamiętała moment, w którym pierwszy raz biegły tak razem przez Nokturn, przeciskając się przez gardziele dusznych zaułków – uczepionych pasożytniczo kadaweru głównej ulicy niby pijawki żerujące na potężnym cielsku dogorywającego potwora z głębin – pamiętała moment, kiedy roześmiana Maeve odwróciła głowę, by spojrzeć na zziajaną Lorraine: słońce padło na twarz kobiety, a lekko rozchylone, pełne usta zdawały się mówić “patrz teraz, patrz na mnie” – więc Lorraine patrzyła. Patrzyła, aż zgubiła krok, potykając się o nierówny bruk, bo zamiast patrzeć pod nogi, patrzyła na Maeve – dziką i pełną życia – patrzyła na nią, dopóki nie padły wyczerpane na leżanki w jednej z bocznych sal Palarni Changów, zanosząc się śmiechem. Własnymi, wątłymi rękoma wyrwała ją z ciemności Podziemnych Ścieżek by móc podziwiać jej oblicze w świetle dnia – niby pokraczna antyteza Hadesa, który podstępem uwiódł piękną Persefonę, porywając ją prosto z ramion matki – niegdyś czuła wyrzuty sumienia za każdym razem, kiedy widziała czujne spojrzenia sióstr Maeve odprowadzające ją do wyjścia, ale teraz chętnie patrzyła im w oczy. To, co się nie zmieniło, to była łatwość, z jaką poddała się woli kobiety, gotowość, by pójść za nią na oślep, gdziekolwiek skieruje swoje kroki. Ścisnęła dłoń Maeve, kiedy przeciskały się przez tłum.
Zaraz, co? Łazienkę…? Lorraine uniosła nieznacznie brwi. Och, zrozumiała po chwili, czując, jak krew zaczyna szybciej krążyć w jej żyłach, rozlewając się na policzkach rumieńcem, który – jak miała nadzieję – skrył się w półmrok alejki. W wieczornym wydaniu Proroka napiszą pewnie, że złodziej uciekł z bukietem piwonii dla kochanki, nie o tym, że pewna metamorfogini skradła wili całusa – i serce.
– Nie – powiedziała tonem, który brzmiał jak “tak” – musimy najpierw odwiedzić port. Kotwica, Maeve, kotwica – to znak od losu! Pomyśl, czy jest lepsze miejsce, by się ukryć albo uciec z Londynu? Na pewno go tam dopadniemy. – Pociągnęła ją za sobą, nagle rozbawiona, “buzię masz prześliczną, ale nie chcę jej oglądać plakatach gończych”, mówiła Maeve: cóż, jeden list gończy w te czy wewte był małą ceną za bukiet kwiatów dla ukochanej. Bukiet zroszony cudzą krwią.
Koniec sesji