03.10.2024, 04:54 ✶
Marian zaczął ostro, z pasją próbując przeżuć wepchnięty do ust kawałek papieru, ale było widać że z chwili na chwilę idzie mu coraz gorzej i zaczyna żałować swojej decyzji. Bulstrode przekrzywił lekko głowę, niczym zaintrygowany szczeniak, który nigdy wcześniej nie spotkał się z podobną sytuacją, oczekując trochę że barman się podda i wypluje ulotkę. Ale nie. Mężczyzna zaparł się, z bólem na twarzy przeżuł i wreszcie połknął. Skrzywił się, bo chyba mu w gardle stanęło, a żona pośpiesznie wcisnęła mu w rękę szklankę z piwem. Parę łyków później i beknięcie, Marian był już na nowo pełen energii i wkurwu.
Atreus widział to jak na dłoni na jego aurze, ale słowa Brenny wydawały się go odrobinę uspokoić. Dowcip okazał się słowem kluczem, nawet jeśli wyjątkowo gorzkim, bo mężczyzna westchnął i pokręcił głową, jakoś tam tłamsząc w sobie zdenerwowanie. Ale zaraz mu wróciło na wieść o konkurencji.
- O to to! Konkurencja! Ja tu prowadzę uczciwy interes, a te hieny mi już parę razy próbowały świnię podłożyć, proszę pani, zgłaszając bezprawne promile w mojej piwnicy! - Longbottom najwyraźniej uderzyła w trochę nieciekawy temat, ale w sumie chyba w każdym biznesie najlepiej było obwiniać konkurencję. A potem Marian wlepił w Brennę niewidzące przez moment spojrzenie, kiedy wspomniała o zjedzeniu ulotki. Spojrzał w bok, na żonę. - Helena...
- Nie pierdol Marian, przecież mamy ich cały kosz - żachnęła się, odwracając energicznie i wyciągajac spod lady druciany śmietnik, wypełniony po brzegi makulaturą.
Atreus zrobił krok do przodu i złapał za pojemnik, przez moment przekładając to co w nim było. Ostrożnie, bo nie był pewien czy faktycznie jest tam sam papier, ale chciał też sprawdzić czy faktycznie były tam same ulotki i czy dotyczyły tego samego. Wyciagnął w końcu plik kartek, przejrzał je, ale faktycznie wszystkie to było to samo.
- To tylko tak dzisiaj, czy może to jakaś zakrojona na większą skalę sytuacja? - zapytał, wyciągając ulotki w stronę Brenny.
- A, proszę pana, właśnie nie tylko dzisiejsza - rzuciła kobieta, ale trochę tak nie ufnie, chyba przez brak munduru. Marian natomiast, już zacisnął w złości pięści, gotowy nimi wygrażać, ale żona zamachała na niego ręką, żeby się chwilowo uspokoił. - To już drugi raz w tym tygodniu. Piąty w całym miesiącu. Ktoś sobie tutaj jaja robi, a brak cholernej daty na tej makulaturze niczego nie ułatwia.
- A w poprzednim miesiącu coś się działo?
- W całe lato coś się dzieje i mamy już tego po dziurki w nosie. Niby jest więcej klientów, ale kiedy tylko słyszą że żadnego wiecu nie będzie, to zaraz się awanturują. Nie kupują nic i tylko pretensje i pretensje. Ostatnim razem trzy gobliny w płaszczu pobiły się z jakimś charłakiem, więc jeszcze zamęt sieją.
Atreus widział to jak na dłoni na jego aurze, ale słowa Brenny wydawały się go odrobinę uspokoić. Dowcip okazał się słowem kluczem, nawet jeśli wyjątkowo gorzkim, bo mężczyzna westchnął i pokręcił głową, jakoś tam tłamsząc w sobie zdenerwowanie. Ale zaraz mu wróciło na wieść o konkurencji.
- O to to! Konkurencja! Ja tu prowadzę uczciwy interes, a te hieny mi już parę razy próbowały świnię podłożyć, proszę pani, zgłaszając bezprawne promile w mojej piwnicy! - Longbottom najwyraźniej uderzyła w trochę nieciekawy temat, ale w sumie chyba w każdym biznesie najlepiej było obwiniać konkurencję. A potem Marian wlepił w Brennę niewidzące przez moment spojrzenie, kiedy wspomniała o zjedzeniu ulotki. Spojrzał w bok, na żonę. - Helena...
- Nie pierdol Marian, przecież mamy ich cały kosz - żachnęła się, odwracając energicznie i wyciągajac spod lady druciany śmietnik, wypełniony po brzegi makulaturą.
Atreus zrobił krok do przodu i złapał za pojemnik, przez moment przekładając to co w nim było. Ostrożnie, bo nie był pewien czy faktycznie jest tam sam papier, ale chciał też sprawdzić czy faktycznie były tam same ulotki i czy dotyczyły tego samego. Wyciagnął w końcu plik kartek, przejrzał je, ale faktycznie wszystkie to było to samo.
- To tylko tak dzisiaj, czy może to jakaś zakrojona na większą skalę sytuacja? - zapytał, wyciągając ulotki w stronę Brenny.
- A, proszę pana, właśnie nie tylko dzisiejsza - rzuciła kobieta, ale trochę tak nie ufnie, chyba przez brak munduru. Marian natomiast, już zacisnął w złości pięści, gotowy nimi wygrażać, ale żona zamachała na niego ręką, żeby się chwilowo uspokoił. - To już drugi raz w tym tygodniu. Piąty w całym miesiącu. Ktoś sobie tutaj jaja robi, a brak cholernej daty na tej makulaturze niczego nie ułatwia.
- A w poprzednim miesiącu coś się działo?
- W całe lato coś się dzieje i mamy już tego po dziurki w nosie. Niby jest więcej klientów, ale kiedy tylko słyszą że żadnego wiecu nie będzie, to zaraz się awanturują. Nie kupują nic i tylko pretensje i pretensje. Ostatnim razem trzy gobliny w płaszczu pobiły się z jakimś charłakiem, więc jeszcze zamęt sieją.