03.10.2024, 08:22 ✶
– Nie byłam pewna czy mama nie wyrzuci mnie za drzwi z tymi psami, ale o ile moje błagania nic mogłyby nie dać, to ich proszące spojrzenia jakoś nas uratowały przed eksmisją i mieszkaniem pod mostem – powiedziała Brenna z odrobiną rozbawienia. W istocie obawiała się właśnie głównie reakcji matki, bo zdecydowana większość domowników była zachwycona, a liczba mieszkańców, rozmiar domu i sadu ułatwiały sprawę... Ale Laurent miał rację. To była duża zmiana, bo w końcu zwierzaki wymagały opieki. Erik i Brenna, nawet jeśli niektórzy tego nie widzieli na pierwszy rzut oka, w pewnym sensie byli jednak typowymi dzieciakami z bogatej rodziny. Nawykli do ulegania swoim zachciankom. Nawet jeśli tymi było raczej przygarnięcie trzech psów niż branie narkotyków, drogie pojazdy i przygodni partnerzy.
– Przepraszam, nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało – stropiła się trochę, bo transakcja handlowa brzmiała jak nieprzyjemne określenie w kontekście takiego prezentu. A naprawdę nie chciała wyjść na niewdzięczną, gdy Laurent ewidentnie postarał się przy wyborze prezentu.
Przekazała mu tacę bez protestów, bo i nie była ciężka, a potem poprowadziła Prewetta po schodach na piętro. Musiał iść ostrożnie, bo Gałgan wprawdzie nie próbował na żadne z nich skakać, ale wciąż plątał się pomiędzy nogami, a nauczony przez Jeremiaha, że dostaje różne smakołyki, podnosił łeb ku tacy, z nadzieją w ciemnych ślepiach, że może znalazły się na niej kanapki z szynką.
Pokój Brenny był dużym pomieszczeniem, wyraźnie podzielonym na dwie części – jedna, ta od wejścia, była częścią „dzienną”. Znajdowało się duże biurko, z licznymi szufladami, nad którym wisiała cała kolekcja ruchomych zdjęć, zarówno z dzieciństwa, szkoły jak i z czasów niedługo po Hogwarcie, z których spoglądali krewni oraz przyjaciele. Nowszych było stosunkowo niewiele, ale najnowsze wykonano podczas urodzin Millie Moody, i przedstawiało poprzebieranych gości w sadzie Warowni. Pod oknem o szerokim parapecie, zapewne (sądząc po porzuconej tam poduszce) wykorzystywanym czasem do siedzenia, ustawiono wielki fotel, a wzdłuż jednej ze ścian ciągnęły się od podłogi do sufitu regały, zastawione książkami i drobnymi pamiątkami. W głębi pomieszczenia, częściowo przysłonięte kolejnym regałem, było wielkie, drewniane łóżko, ogromna, trzydrzwiowa szafa, komoda i zdobiona, bez wątpienia zabytkowa skrzynia pod ścianą, która mogła równie dobrze służyć do przechowywania rzeczy, jak i jako dodatkowe siedzisko.
Na biurku zaś znajdowało się akwarium z jaszczurkami.
– Oto one - powiedziała Brenna. Na razie pakunek z mieczem położyła na łóżku, a tacę przejęła od Laurenta i postawiła ją na biurku, z drugiej strony niż jaszczurki, by potem nalać z imbryka herbaty z dodatkami do filiżanek, by ta trochę ostygła.
Jaszczurki faktycznie nie należały do żadnego brytyjskiego gatunku. Jedna z nich próbowała wspiac się po ścianie awarium. Brennie trochę kojarzyły się z druzgotkami, i między innymi dlatego była wobec nich tak ostrożna.
– Przepraszam, nie chciałam, żeby tak to zabrzmiało – stropiła się trochę, bo transakcja handlowa brzmiała jak nieprzyjemne określenie w kontekście takiego prezentu. A naprawdę nie chciała wyjść na niewdzięczną, gdy Laurent ewidentnie postarał się przy wyborze prezentu.
Przekazała mu tacę bez protestów, bo i nie była ciężka, a potem poprowadziła Prewetta po schodach na piętro. Musiał iść ostrożnie, bo Gałgan wprawdzie nie próbował na żadne z nich skakać, ale wciąż plątał się pomiędzy nogami, a nauczony przez Jeremiaha, że dostaje różne smakołyki, podnosił łeb ku tacy, z nadzieją w ciemnych ślepiach, że może znalazły się na niej kanapki z szynką.
Pokój Brenny był dużym pomieszczeniem, wyraźnie podzielonym na dwie części – jedna, ta od wejścia, była częścią „dzienną”. Znajdowało się duże biurko, z licznymi szufladami, nad którym wisiała cała kolekcja ruchomych zdjęć, zarówno z dzieciństwa, szkoły jak i z czasów niedługo po Hogwarcie, z których spoglądali krewni oraz przyjaciele. Nowszych było stosunkowo niewiele, ale najnowsze wykonano podczas urodzin Millie Moody, i przedstawiało poprzebieranych gości w sadzie Warowni. Pod oknem o szerokim parapecie, zapewne (sądząc po porzuconej tam poduszce) wykorzystywanym czasem do siedzenia, ustawiono wielki fotel, a wzdłuż jednej ze ścian ciągnęły się od podłogi do sufitu regały, zastawione książkami i drobnymi pamiątkami. W głębi pomieszczenia, częściowo przysłonięte kolejnym regałem, było wielkie, drewniane łóżko, ogromna, trzydrzwiowa szafa, komoda i zdobiona, bez wątpienia zabytkowa skrzynia pod ścianą, która mogła równie dobrze służyć do przechowywania rzeczy, jak i jako dodatkowe siedzisko.
Na biurku zaś znajdowało się akwarium z jaszczurkami.
– Oto one - powiedziała Brenna. Na razie pakunek z mieczem położyła na łóżku, a tacę przejęła od Laurenta i postawiła ją na biurku, z drugiej strony niż jaszczurki, by potem nalać z imbryka herbaty z dodatkami do filiżanek, by ta trochę ostygła.
Jaszczurki faktycznie nie należały do żadnego brytyjskiego gatunku. Jedna z nich próbowała wspiac się po ścianie awarium. Brennie trochę kojarzyły się z druzgotkami, i między innymi dlatego była wobec nich tak ostrożna.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.