03.10.2024, 22:34 ✶
Czuła się przytłoczona wszechobecnym blichtrem stylizowanym na leśną prostotę, choć przecież przywykła do przepychu wylewającego się z każdego kąta rodowej rezydencji. Dyskretnie poprawiła ciążący na jej skroniach wieniec laurowy i pośpiesznie wygładziła białą suknię na kolanach, upewniając się, że jej bocianowate, niekształtne nogi są dobrze ukryte pod materiałem. Nie mogła wyzbyć się wrażenia, że nie pasuje do tego miejsca - ona, oset pośród lilii. Była oszustem, paskudnym kleksem atramentu pod kaligraficznym podpisem i przeklinała samą siebie za butność, która pozwoliła jej myśleć, że jej szorstka aparycja pasuje do eterycznej otoczki całego wydarzenia.
Przyszła tu dla Oleandra. Jej małego, zagubionego braciszka, obdartego z ojcowskiej miłości nie mniej niż ona sama. Odrzuciła te żałosne przepychanki, próby zdominowania drugiej strony ciętością riposty i zadania jak najgłębszego ciosu. Siedziała napięta niczym struna gotowa do gry, a błękit spojrzenia po raz pierwszy od dawna przepełniała duma. Przyszła tu dla Desmonda, siedzącego teraz po jej lewej stronie, jak zwykle stanowiącego dla niego zagadkę. Ostrożnie ujęła jego dłoń i zaplotła palce z jego, uśmiechając się przy tym z niepodobną do niej łagodnością. A raczej - nieokazywaną publicznie. Wreszcie przyszła tu dla słodkiej Lorraine, której powab sprawiał, że serce wyrywało się z piersi; ach, jakże Severine lubiła na nią patrzeć. Tylko patrzeć, zbyt onieśmielona jej urokiem, by pomyśleć o chociażby rozmowie z tą boginką. Rita oraz Baldwin, ku jej własnemu zaskoczeniu, również ją porwali, choć uparcie chciała zostać na swoim niewzruszonym miejscu. Aż wreszcie, na koniec występów, zdała sobie sprawę z tego, że jej oczy szkliste są od łez.
— Był niesamowity, prawda? — szepnęła do Desmonda, gdy tylko Oleander zszedł ze sceny w towarzystwie gromkich oklasków. Z jej strony chyba najgłośniejszych; aż czuła pieczenie skóry dłoni.
Przyszła tu dla Oleandra. Jej małego, zagubionego braciszka, obdartego z ojcowskiej miłości nie mniej niż ona sama. Odrzuciła te żałosne przepychanki, próby zdominowania drugiej strony ciętością riposty i zadania jak najgłębszego ciosu. Siedziała napięta niczym struna gotowa do gry, a błękit spojrzenia po raz pierwszy od dawna przepełniała duma. Przyszła tu dla Desmonda, siedzącego teraz po jej lewej stronie, jak zwykle stanowiącego dla niego zagadkę. Ostrożnie ujęła jego dłoń i zaplotła palce z jego, uśmiechając się przy tym z niepodobną do niej łagodnością. A raczej - nieokazywaną publicznie. Wreszcie przyszła tu dla słodkiej Lorraine, której powab sprawiał, że serce wyrywało się z piersi; ach, jakże Severine lubiła na nią patrzeć. Tylko patrzeć, zbyt onieśmielona jej urokiem, by pomyśleć o chociażby rozmowie z tą boginką. Rita oraz Baldwin, ku jej własnemu zaskoczeniu, również ją porwali, choć uparcie chciała zostać na swoim niewzruszonym miejscu. Aż wreszcie, na koniec występów, zdała sobie sprawę z tego, że jej oczy szkliste są od łez.
— Był niesamowity, prawda? — szepnęła do Desmonda, gdy tylko Oleander zszedł ze sceny w towarzystwie gromkich oklasków. Z jej strony chyba najgłośniejszych; aż czuła pieczenie skóry dłoni.