04.10.2024, 14:02 ✶
Charlotte również nie była wielką wielbicielką natury. Ogrody botaniczne, plaża przy hotelu, ostatecznie londyński park - tak, to mogła zaakceptować. Krążenie po lasach nie było jednak w dziesiątce ani nawet dwudziestce jej ulubionych rozrywek.
Ale mieściło się w niej zwiedzanie nawiedzonych miejsc, zwłaszcza takich prawdopodobnie przez nikogo nie zbadanych zbyt dokładnie. Mogła się odrobinę poświęcić, otoczenie więc zupełnie jej teraz nie przeszkadzało – liczyła się ponura posiadłość, w której na pewno był przynajmniej jeden duch, a kto wie, może kilka więcej?
– Dobra organizacja jest połową sukcesu – stwierdziła Charlotte. To co w życiu osiągnęła, pomimo takich przeszkód jak zakochanie się w mugolaku, wydziedziczenie przez rodzinę i dwukrotna przeprowadza najpierw za ocean, a potem z powrotem, zawdzięczała w dużej mierze uporowi i zdolnościom organizacyjnym. A przynajmniej tak uważała. – Jeśli nawet, pozbędziemy się ich, kochanie. Przy okazji poćwiczymy zaklęcia – oświadczyła z pewną obojętnością. Och, nie, nie miała zamiaru dać się pogryźć komarom. Bąble od ugryzień były nie tylko bolesne, ale też (czy nawet przede wszystkim) nieestetyczne.
Ostrożnie przeszła przez dziurę w murze, uważając, by nie uszkodzić butów ani sukienki, a potem ustawiła kosz w upatrzonym miejscu. Zaczęła od przelewitowania popsutej pieczeni w pobliże jednego z wejść do budynku – dobre dwanaście metrów od nich, tak by miały dobry widok, ale przypadkiem nie czuły zapachu, który mógłby popsuć im apetyty. Później starannie rozłożyła na trawie koc, rzuciła zaklęcie, wyczarowując nad ich głowami powiew wiatru – parę minut powinien wytrzymać, będzie chłodniej i żadne komarzyska się do nich nie przyczepią, obsypała ich nowe miejsce solą, obłożyła tabliczkami, na których wyryto pieczęcie (część jej wyposażenia z Departamentu Tajemnic, tak żeby duchy przypadkiem jej nie zamroziły) – i wreszcie rozsiadła się wygodnie.
– Pikniki w ciekawych miejscach zawsze są bardzo miłe – powiedziała, wchodząc spojrzeniem po wnękach, w których kiedyś znajdowały się okna, po popękanej ścianie, po bluszczu, pnącym się wzdłuż fragmentu muru. Na jej twarzy pojawił się uśmiech pełen satysfakcji, gdy dostrzegła jakiś ruch na jednym z wyższych pięter – coś z pewnością przemknęło przy oknie. – A to jest bardzo miłe miejsce. Popatrz, widać pierwszego ducha – rozczuliła się Charlotte, klasnęła w ręce z uciechy, a potem wyciągnęła z koszyka butelkę, żeby nalać sobie wina.
Co dalej?
1 – na razie nic
2 – jakiś duch pojawia się przy pieczeni
3 – w posiadłości zaczynają pojawiać się dziwne błyski.
Ale mieściło się w niej zwiedzanie nawiedzonych miejsc, zwłaszcza takich prawdopodobnie przez nikogo nie zbadanych zbyt dokładnie. Mogła się odrobinę poświęcić, otoczenie więc zupełnie jej teraz nie przeszkadzało – liczyła się ponura posiadłość, w której na pewno był przynajmniej jeden duch, a kto wie, może kilka więcej?
– Dobra organizacja jest połową sukcesu – stwierdziła Charlotte. To co w życiu osiągnęła, pomimo takich przeszkód jak zakochanie się w mugolaku, wydziedziczenie przez rodzinę i dwukrotna przeprowadza najpierw za ocean, a potem z powrotem, zawdzięczała w dużej mierze uporowi i zdolnościom organizacyjnym. A przynajmniej tak uważała. – Jeśli nawet, pozbędziemy się ich, kochanie. Przy okazji poćwiczymy zaklęcia – oświadczyła z pewną obojętnością. Och, nie, nie miała zamiaru dać się pogryźć komarom. Bąble od ugryzień były nie tylko bolesne, ale też (czy nawet przede wszystkim) nieestetyczne.
Ostrożnie przeszła przez dziurę w murze, uważając, by nie uszkodzić butów ani sukienki, a potem ustawiła kosz w upatrzonym miejscu. Zaczęła od przelewitowania popsutej pieczeni w pobliże jednego z wejść do budynku – dobre dwanaście metrów od nich, tak by miały dobry widok, ale przypadkiem nie czuły zapachu, który mógłby popsuć im apetyty. Później starannie rozłożyła na trawie koc, rzuciła zaklęcie, wyczarowując nad ich głowami powiew wiatru – parę minut powinien wytrzymać, będzie chłodniej i żadne komarzyska się do nich nie przyczepią, obsypała ich nowe miejsce solą, obłożyła tabliczkami, na których wyryto pieczęcie (część jej wyposażenia z Departamentu Tajemnic, tak żeby duchy przypadkiem jej nie zamroziły) – i wreszcie rozsiadła się wygodnie.
– Pikniki w ciekawych miejscach zawsze są bardzo miłe – powiedziała, wchodząc spojrzeniem po wnękach, w których kiedyś znajdowały się okna, po popękanej ścianie, po bluszczu, pnącym się wzdłuż fragmentu muru. Na jej twarzy pojawił się uśmiech pełen satysfakcji, gdy dostrzegła jakiś ruch na jednym z wyższych pięter – coś z pewnością przemknęło przy oknie. – A to jest bardzo miłe miejsce. Popatrz, widać pierwszego ducha – rozczuliła się Charlotte, klasnęła w ręce z uciechy, a potem wyciągnęła z koszyka butelkę, żeby nalać sobie wina.
Co dalej?
1 – na razie nic
2 – jakiś duch pojawia się przy pieczeni
3 – w posiadłości zaczynają pojawiać się dziwne błyski.
Rzut 1d3 - 3