04.10.2024, 14:12 ✶
– Pamiętaj, Tony, nie strasz tej biednej dziewczyny. Zwłaszcza że to nie jest dziewczyna Jessie’go. Podobno nie jest w jej typie, ale myślę, że kłamie i to ona nie jest w jego typie – oświadczyła Charlotte, kończąc w kuchni dekorować kanapki (rzecz jasna ruchami różdżki, ani myślała robić tego po mugolsku) i obrzucając Anthony’ego uważnym spojrzeniem, jakby spodziewała się, że rzuci na dzień dobry w Electrę Prewett jakimś straszliwym zaklęciem. Chociaż pewnie byłaby bardziej podejrzliwa, gdyby to Rita zaprosiła na kawę w domu jakiegoś przyjaciela. W przypadku Jessie’go i koleżanki Shafiq mógł okazać trochę więcej powściągliwości. – Och, chyba już jest.
Electra tak naprawdę nie miała szczególnie czego się obawiać. Nie była goblinem – a to już zapewniało jej dodatkowe punkty. Charlotte naprawdę martwiła się, że jej syn ma za mało znajomych i popadnie w złe towarzystwo: co jeśli faktycznie umówiłby się na piwo z goblinami? Albo – co byłoby trochę lepsze, ale tylko odrobinkę – zaczął prowadzać się z jakimiś wampirami, charłakami, wiłami, przeklętymi klątwą żywiołów lub wilkołakami? (Nie mogąc już nienawidzić mugolaków, Charlotte część swoich uprzedzeń zwróciła ku goblinom, a resztą nieufności obdarzała inne jednostki odbiegające „od normy”, chociaż tutaj już nie była to jakaś nienawiść, raczej pewna ostrożność. Zwłaszcza gdy szło o jej dzieci.)
Być może do Jessie powinien otworzyć, ale Charlotte pierwsza pomknęła ku drzwiom.
– Witaj, ty musisz być Electra – przywitała się, obdarzając ją jednym ze swoich najcieplejszych uśmiechów (Anthony mógł doskonale wiedzieć, że serwowała je bardzo chętnie nauczycielom, których chciała oszukać, współpracownikom, od których czegoś chciała albo osobom, przed którymi planowała uchodzić za tę nieszkodliwą, miłą Puchoneczkę). – Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Jessie sporo o tobie opowiadał. Zapraszam do salonu. Mam nadzieję, że lubisz ciasto czekoladowe? Jessie! Twoja koleżanka przyszła?
No doprawdy, jak panicz Kelly mógł przedstawiać tę uśmiechniętą, przemiłą kobietę w żółtej sukience jako potwora wcielonego. Koloryzował, jak nic.
Electra tak naprawdę nie miała szczególnie czego się obawiać. Nie była goblinem – a to już zapewniało jej dodatkowe punkty. Charlotte naprawdę martwiła się, że jej syn ma za mało znajomych i popadnie w złe towarzystwo: co jeśli faktycznie umówiłby się na piwo z goblinami? Albo – co byłoby trochę lepsze, ale tylko odrobinkę – zaczął prowadzać się z jakimiś wampirami, charłakami, wiłami, przeklętymi klątwą żywiołów lub wilkołakami? (Nie mogąc już nienawidzić mugolaków, Charlotte część swoich uprzedzeń zwróciła ku goblinom, a resztą nieufności obdarzała inne jednostki odbiegające „od normy”, chociaż tutaj już nie była to jakaś nienawiść, raczej pewna ostrożność. Zwłaszcza gdy szło o jej dzieci.)
Być może do Jessie powinien otworzyć, ale Charlotte pierwsza pomknęła ku drzwiom.
– Witaj, ty musisz być Electra – przywitała się, obdarzając ją jednym ze swoich najcieplejszych uśmiechów (Anthony mógł doskonale wiedzieć, że serwowała je bardzo chętnie nauczycielom, których chciała oszukać, współpracownikom, od których czegoś chciała albo osobom, przed którymi planowała uchodzić za tę nieszkodliwą, miłą Puchoneczkę). – Bardzo się cieszę, że przyszłaś, Jessie sporo o tobie opowiadał. Zapraszam do salonu. Mam nadzieję, że lubisz ciasto czekoladowe? Jessie! Twoja koleżanka przyszła?
No doprawdy, jak panicz Kelly mógł przedstawiać tę uśmiechniętą, przemiłą kobietę w żółtej sukience jako potwora wcielonego. Koloryzował, jak nic.