04.10.2024, 21:00 ✶
Miliony ostrzy przebiło moją skórę. Może nawet bardziej boleśnie niż ten jeden prawdziwy cios drewnianą nogą, który tak na dobrą sprawę dalej tkwił w moim brzuchu. Nie było to tak istotne w obliczu tego, że Geraldine uważała, że mówiłem prawdę, że naprawdę wolałem, żeby...
Płakałbym, gdybym mógł. Krzyczałbym, gdybym miał siłę. Najchętniej jednak zapadłbym się pod ziemię. Tyle bólu, tyle zawodu, tyle rozpaczy. Mój powrót do żywych był zdecydowanie gorszy niż gdybym faktycznie nie żył. Moja teoria, że ten wampir... Ach, musiał to zrobić, żeby namieszać w naszej rodzinie, a teraz ja wszystko mąciłem. Byłem narzędziem w jego rękach. Nie chciałem być.
Ger uważała, że mówiłem prawdę, że byłem szczery... A to ta mroczna... moja? ...część?
Jakie to było chore. Jakie to było złe. Powinienem polować na takie ścierwa jak ja, młode wampiry, które gubiły się w głodzie, zadawały ból i śmierć nieszczęśnikom, skradały krew bez pozwolenia, bo po prostu nie panowały nad sobą. Powinienem ucinać im łby. Czemu stałem się jedną z tych istot?! Dlaczego los mnie tak pokarał?! Czy w czymś zawiodłem? Zrobiłem coś źle?
Jedno było pewne - Geraldine mi nie wybaczy. Nie uwierzy już w nic, co nie byłoby oskarżeniami. Może nie powinienem już więcej zawracać jej głowy. Może powinienem wrócić do Snowdonii. Ojciec był bardziej restrykcyjny i zapewne również nie miał wobec mnie jakichkolwiek nadziei. Tak czułem.
Nie wiedziałem, skąd Ambroise wziął torby z krwią. Ewidentnie rytuał picia krwi wydawał mu się czymś normalnym, dla mnie niekoniecznie. Krew w worku, której zapachu nawet nie czułem przez opakowanie, nie kusiła, nie sprawiała, że wariowałem. Brakowało znajomego ciepła, aczkolwiek była krwią, więc w smaku... miałem się przekonać, ale to dopiero po rozwiązaniu.
Osuszanie mugoli w dokach? Darowałem sobie komentarz w tym temacie. Bo co miałbym rzec? Brzydzę się tym? Sam sobie zabijaj mugoli...? Albo - odkąd to nie jesteś za życiem i zdrowiem? Bo tak właściwie, to znałem Ambroise z kompletnie innej strony. Dobrej i łagodnej, może chłodno profesjonalnej, ale tej uszczypliwej, wkurwionej i walecznej...? Tego bym się nie spodziewał. Szczególnie tego, że ktoś będzie w stanie, szczególnie facet, rozkazywać Geraldine. Coś było z nią nie tak. Coś się zmieniło.
- Może jednak mnie rozwiąż?! Nie jestem psem żeby lizać z podłogi - odezwałem się ostatecznie, poniekąd niewdzięcznie. Nie chciałem być niemiły, ale jednak zapach krwi dotarł do mojego nosa. Ostatnim, czego chciałem, to lizanie parkietu siostry. Wampiryzm już wystarczająco mnie poniżył. To już byłby szczyt.
Kurwa! Źle się stało!
A jednak krew... Słodka, gęsta, metaliczna... Zapowiadała odrobinę światła w moim martwym sercu. Zamknąłem nawet oczy, kusząc się jej wonią. Do ust znowu napłynęła mi ślina.
Niech to. Byłem potworem.
Płakałbym, gdybym mógł. Krzyczałbym, gdybym miał siłę. Najchętniej jednak zapadłbym się pod ziemię. Tyle bólu, tyle zawodu, tyle rozpaczy. Mój powrót do żywych był zdecydowanie gorszy niż gdybym faktycznie nie żył. Moja teoria, że ten wampir... Ach, musiał to zrobić, żeby namieszać w naszej rodzinie, a teraz ja wszystko mąciłem. Byłem narzędziem w jego rękach. Nie chciałem być.
Ger uważała, że mówiłem prawdę, że byłem szczery... A to ta mroczna... moja? ...część?
Jakie to było chore. Jakie to było złe. Powinienem polować na takie ścierwa jak ja, młode wampiry, które gubiły się w głodzie, zadawały ból i śmierć nieszczęśnikom, skradały krew bez pozwolenia, bo po prostu nie panowały nad sobą. Powinienem ucinać im łby. Czemu stałem się jedną z tych istot?! Dlaczego los mnie tak pokarał?! Czy w czymś zawiodłem? Zrobiłem coś źle?
Jedno było pewne - Geraldine mi nie wybaczy. Nie uwierzy już w nic, co nie byłoby oskarżeniami. Może nie powinienem już więcej zawracać jej głowy. Może powinienem wrócić do Snowdonii. Ojciec był bardziej restrykcyjny i zapewne również nie miał wobec mnie jakichkolwiek nadziei. Tak czułem.
Nie wiedziałem, skąd Ambroise wziął torby z krwią. Ewidentnie rytuał picia krwi wydawał mu się czymś normalnym, dla mnie niekoniecznie. Krew w worku, której zapachu nawet nie czułem przez opakowanie, nie kusiła, nie sprawiała, że wariowałem. Brakowało znajomego ciepła, aczkolwiek była krwią, więc w smaku... miałem się przekonać, ale to dopiero po rozwiązaniu.
Osuszanie mugoli w dokach? Darowałem sobie komentarz w tym temacie. Bo co miałbym rzec? Brzydzę się tym? Sam sobie zabijaj mugoli...? Albo - odkąd to nie jesteś za życiem i zdrowiem? Bo tak właściwie, to znałem Ambroise z kompletnie innej strony. Dobrej i łagodnej, może chłodno profesjonalnej, ale tej uszczypliwej, wkurwionej i walecznej...? Tego bym się nie spodziewał. Szczególnie tego, że ktoś będzie w stanie, szczególnie facet, rozkazywać Geraldine. Coś było z nią nie tak. Coś się zmieniło.
- Może jednak mnie rozwiąż?! Nie jestem psem żeby lizać z podłogi - odezwałem się ostatecznie, poniekąd niewdzięcznie. Nie chciałem być niemiły, ale jednak zapach krwi dotarł do mojego nosa. Ostatnim, czego chciałem, to lizanie parkietu siostry. Wampiryzm już wystarczająco mnie poniżył. To już byłby szczyt.
Kurwa! Źle się stało!
A jednak krew... Słodka, gęsta, metaliczna... Zapowiadała odrobinę światła w moim martwym sercu. Zamknąłem nawet oczy, kusząc się jej wonią. Do ust znowu napłynęła mi ślina.
Niech to. Byłem potworem.