05.10.2024, 09:12 ✶
Właściciel, ich ehem, „przełożony”, wyraźnie wyładowywał na nich frustrację, ale Brennę chyba bardziej to bawiło niż denerwowało – może mogła tak na to patrzeć dlatego, że ta cała pensja to i dla niej, i dla Atreusa, była właściwie dodatkiem. Nie pozwoliła jednak, aby cokolwiek uwidoczniło się na twarzy i w tonie, bo jednak była w pracy, a poza tym to trochę jej było szkoda tego człowieka. Może i miał sposób bycia, który ewidentnie mógł kogoś wkurwić, ale dowcip był perfidny, szkodził interesowi, nabierał ludzi i przy okazji wkurzał wiele osób.
– Jestem pewna, że nawet jeśli będą rozsyłali te ulotki dalej, to chętnych będzie ubywać – zapewniła łagodnie, bo mimo wszystko była ograniczona ilość charłaków, goblinów i nawet czarodziejów, chętnych chodzić na takie wiece. A pogłoski o tym, że to podpucha, będą się rozchodzić, może ogłoszenie też pomoże. – A jeżeli nie, oczywiście, zapraszamy do Biura Brygady z oficjalną skargą – dodała gładko, bo Marian miał taką minę, jakby miał zaraz znowu wybuchnąć. Zapewnienie, że odwiedzą Ferdynanda, chyba jednak trochę go udobruchało, podyktował adres, a Brenna wyciągnęła notatnik, by go zanotować.
– A bo ja wiem, od kiedy? Za pierwszym razem to miotłą pogoniłem, bo co mi będą tutaj jakieś wiece o prawach goblinów organizować, nawet potem zaraz zapomniałem. Jakoś w lipcu się chyba zaczęło. Przynajmniej dziś się chyba bić nie będą… NIE MA ŻADNEGO WIECU!!! – wydarł się od razu, gdy jakiś czarodziej, co najwyraźniej przegapił mundur albo miał w nosie, że w barze są funkcjonariusze, poszedł do lady.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale!!! Won mi stąd!
– Ja tylko piwo chciałem…
– Chyba nic tu po nas – mruknęła Brenna do Atreusa, zerkając na zegarek i z ulgą odnotowując, że nie spędzili tutaj dziesięciu minut, więc chyba uda się jednak przyjść do czasu. – Ktoś był bardzo pomysłowy. I chyba Marian zalazł temu komuś mocno za skórę, skoro chce mu się wysyłać tyle listów… – powiedziała, kiedy już opuszczali bar.
– Jestem pewna, że nawet jeśli będą rozsyłali te ulotki dalej, to chętnych będzie ubywać – zapewniła łagodnie, bo mimo wszystko była ograniczona ilość charłaków, goblinów i nawet czarodziejów, chętnych chodzić na takie wiece. A pogłoski o tym, że to podpucha, będą się rozchodzić, może ogłoszenie też pomoże. – A jeżeli nie, oczywiście, zapraszamy do Biura Brygady z oficjalną skargą – dodała gładko, bo Marian miał taką minę, jakby miał zaraz znowu wybuchnąć. Zapewnienie, że odwiedzą Ferdynanda, chyba jednak trochę go udobruchało, podyktował adres, a Brenna wyciągnęła notatnik, by go zanotować.
– A bo ja wiem, od kiedy? Za pierwszym razem to miotłą pogoniłem, bo co mi będą tutaj jakieś wiece o prawach goblinów organizować, nawet potem zaraz zapomniałem. Jakoś w lipcu się chyba zaczęło. Przynajmniej dziś się chyba bić nie będą… NIE MA ŻADNEGO WIECU!!! – wydarł się od razu, gdy jakiś czarodziej, co najwyraźniej przegapił mundur albo miał w nosie, że w barze są funkcjonariusze, poszedł do lady.
– Ale…
– Nie ma żadnego ale!!! Won mi stąd!
– Ja tylko piwo chciałem…
– Chyba nic tu po nas – mruknęła Brenna do Atreusa, zerkając na zegarek i z ulgą odnotowując, że nie spędzili tutaj dziesięciu minut, więc chyba uda się jednak przyjść do czasu. – Ktoś był bardzo pomysłowy. I chyba Marian zalazł temu komuś mocno za skórę, skoro chce mu się wysyłać tyle listów… – powiedziała, kiedy już opuszczali bar.
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.