05.10.2024, 11:00 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.10.2024, 11:03 przez Lorraine Malfoy.)
Razem z resztą wykonawców
Uśmiechnęła się słodko do Raphaeli Avery, kiedy egzaltowana dziewczyna zaczęła składać gratulacje artystom, dając upust swojemu entuzjazmowi: przytuliła ją delikatnie, gdy tamta rzuciła się na szyję półwili, by ją uściskać. Cicho podziękowała za ciepłe słowa. Żałowała jednak, że w jej miejscu nie ma cioci Josephine, która od lat przewodniczyła Muzie: to na jej uznaniu zależało Lorraine najbardziej. Wierzyła, że dzisiejszy występ stanowił jednocześnie hołd jak i niezależny manifest wobec nauk jej zmarłej macochy, a tylko Josephine rozróżniała subtelności i manieryzmy w ich grze.
– Byłaś samą wodą, Lauretto – zwróciła się do zignorowanej przez Raphaelę tancerki, badając spojrzeniem jej reakcję. Słowa mieniły się jak srebrzysta łuna księżyca na powierzchni jeziora, porażając blichtrem malfoyowskiej wyniosłości: choć towarzyszło jej subtelne, acz pełne wyższości uniesienie podbródka, pochwała spłynęła z ust Lorraine gładko, a kryształowy tembr sopranu sugerował szczerość. Choć pogardzała brakiem ogłady i porywczością młodej Selwynówny – z politowaniem patrząc jak popełnia towarzyskie faux pas, nie potrafiąc ukryć swoich uprzedzeń w stosunku do czarodzieja o gorszym statusie krwi – Lorraine Malfoy, w przeciwieństwie do Lauretty Selwyn, nie zamierzała demonstrować swojej pogardy wobec kogokolwiek jawnie: zamierzała natomiast podziękować kobiecie za jej wkład w recital. Zawsze dbała o to, by odpowiednio wynagrodzić tych, którzy jej w jakiś sposób pomogli. Malfoyowie zawsze płacą swoje długi. – Doskonała choreografia. Dziękuję, że tchnęłaś życie w mój występ – twoje ruchy, manieryzmy, twoja suknia... – oczy Lorraine zabłyszczały, bo przecież nie omieszkała utrzeć delikatnie nosa dziewczynie – byłaś niczym prawdziwa nimfa.
Dostojne słowa przyobleczone w powagę, nieokraszone jednak ciepłem, które Lorraine rezerwowała dla przyjaciół i bliskich, choćby dla Oleandra, którego ścisnęła niemo za dłoń, kiedy wręczano im kwiaty. Miała mu tyle do powiedzenia, poruszona maestrią młodzieńca, swojego dawnego ucznia, jak pomyślała z zaborczą czułością, ale nie potrafiła jeszcze znaleźć odpowiednich słów. Zachowała je jak bukiet białych lilii, który trzymała w ramionach, oddając resztę kwiatów obsługującym wydarzenie czarodziejom w ptasich maskach. To, że utalentowany mugolak zaprojektował scenografię i stroje dla służby nie wydawało jej się uchybieniem ze strony zarządu Muzy, przeciwnie: stanowił jedynie tło dla czarodziejów stojących wyżej od niego w społecznej hierachii – pomyślała, przesuwając litościwym spojrzeniem po fikuśnym kostiumie ministry magii – kreując przestrzeń tak, by dostojnicy mogli błyszczeć tak jasno jak gwiazdy na niebie. Rozpromieniona, patrzyła ze sceny na najjaśniejszą z nich: na Eden, najdroższą jej sercu kuzynkę, która w królewskiej kreacji zajmowała miejsce obok swoich szacownych rodziców. Objęła swoim uśmiechem całą trójkę, starając się odcyfrować znaczenie miny stryja Fortinbrasa.
percepcja (II) – na plotki o swojej rodzinie?
Robiła wszystko, byle nie patrzeć na Baldwina. Baldwina, który stał u jej boku niczym anioł stróż, choć na dzisiejszy wieczór pozbył się swych anielskoblond pukli, co przyjęła z westchnieniem. Dystansował się od rodziny na wszelkie możliwe sposoby, nie rozumiejąc, że tym silniej demonstruje swoją przynależność: samymi słowami, gestem, postawą… Otarła się o niego ramieniem, zachwiawszy się delikatnie, kiedy Raphaela rzuciła się jej na szyję, ale nie odsunęła się, przepraszając – nawet na niego nie spojrzała – pozwoliła iskierkom magii przesuwać się po skórze w miejscu, gdzie trwali, złączeni. Nie była gotowa spojrzeć mu w oczy. Czy na ich dnie zobaczyłaby Baldwina, czy otchłań Nokturnu?
Uśmiechnęła się słodko do Raphaeli Avery, kiedy egzaltowana dziewczyna zaczęła składać gratulacje artystom, dając upust swojemu entuzjazmowi: przytuliła ją delikatnie, gdy tamta rzuciła się na szyję półwili, by ją uściskać. Cicho podziękowała za ciepłe słowa. Żałowała jednak, że w jej miejscu nie ma cioci Josephine, która od lat przewodniczyła Muzie: to na jej uznaniu zależało Lorraine najbardziej. Wierzyła, że dzisiejszy występ stanowił jednocześnie hołd jak i niezależny manifest wobec nauk jej zmarłej macochy, a tylko Josephine rozróżniała subtelności i manieryzmy w ich grze.
– Byłaś samą wodą, Lauretto – zwróciła się do zignorowanej przez Raphaelę tancerki, badając spojrzeniem jej reakcję. Słowa mieniły się jak srebrzysta łuna księżyca na powierzchni jeziora, porażając blichtrem malfoyowskiej wyniosłości: choć towarzyszło jej subtelne, acz pełne wyższości uniesienie podbródka, pochwała spłynęła z ust Lorraine gładko, a kryształowy tembr sopranu sugerował szczerość. Choć pogardzała brakiem ogłady i porywczością młodej Selwynówny – z politowaniem patrząc jak popełnia towarzyskie faux pas, nie potrafiąc ukryć swoich uprzedzeń w stosunku do czarodzieja o gorszym statusie krwi – Lorraine Malfoy, w przeciwieństwie do Lauretty Selwyn, nie zamierzała demonstrować swojej pogardy wobec kogokolwiek jawnie: zamierzała natomiast podziękować kobiecie za jej wkład w recital. Zawsze dbała o to, by odpowiednio wynagrodzić tych, którzy jej w jakiś sposób pomogli. Malfoyowie zawsze płacą swoje długi. – Doskonała choreografia. Dziękuję, że tchnęłaś życie w mój występ – twoje ruchy, manieryzmy, twoja suknia... – oczy Lorraine zabłyszczały, bo przecież nie omieszkała utrzeć delikatnie nosa dziewczynie – byłaś niczym prawdziwa nimfa.
Dostojne słowa przyobleczone w powagę, nieokraszone jednak ciepłem, które Lorraine rezerwowała dla przyjaciół i bliskich, choćby dla Oleandra, którego ścisnęła niemo za dłoń, kiedy wręczano im kwiaty. Miała mu tyle do powiedzenia, poruszona maestrią młodzieńca, swojego dawnego ucznia, jak pomyślała z zaborczą czułością, ale nie potrafiła jeszcze znaleźć odpowiednich słów. Zachowała je jak bukiet białych lilii, który trzymała w ramionach, oddając resztę kwiatów obsługującym wydarzenie czarodziejom w ptasich maskach. To, że utalentowany mugolak zaprojektował scenografię i stroje dla służby nie wydawało jej się uchybieniem ze strony zarządu Muzy, przeciwnie: stanowił jedynie tło dla czarodziejów stojących wyżej od niego w społecznej hierachii – pomyślała, przesuwając litościwym spojrzeniem po fikuśnym kostiumie ministry magii – kreując przestrzeń tak, by dostojnicy mogli błyszczeć tak jasno jak gwiazdy na niebie. Rozpromieniona, patrzyła ze sceny na najjaśniejszą z nich: na Eden, najdroższą jej sercu kuzynkę, która w królewskiej kreacji zajmowała miejsce obok swoich szacownych rodziców. Objęła swoim uśmiechem całą trójkę, starając się odcyfrować znaczenie miny stryja Fortinbrasa.
percepcja (II) – na plotki o swojej rodzinie?
Rzut N 1d100 - 46
Slaby sukces...
Slaby sukces...
Robiła wszystko, byle nie patrzeć na Baldwina. Baldwina, który stał u jej boku niczym anioł stróż, choć na dzisiejszy wieczór pozbył się swych anielskoblond pukli, co przyjęła z westchnieniem. Dystansował się od rodziny na wszelkie możliwe sposoby, nie rozumiejąc, że tym silniej demonstruje swoją przynależność: samymi słowami, gestem, postawą… Otarła się o niego ramieniem, zachwiawszy się delikatnie, kiedy Raphaela rzuciła się jej na szyję, ale nie odsunęła się, przepraszając – nawet na niego nie spojrzała – pozwoliła iskierkom magii przesuwać się po skórze w miejscu, gdzie trwali, złączeni. Nie była gotowa spojrzeć mu w oczy. Czy na ich dnie zobaczyłaby Baldwina, czy otchłań Nokturnu?