Odpowiadało jej to, że zaczęli do siebie mówić wprost. To faktycznie ułatwiało wiele spraw. Zresztą nie wydawało jej się, aby w ich relacji było jeszcze miejsce na domysły. To wnosiło zbyt dużo wątpliwości i niepewności, zdecydowanie miała tego dość. - Mów tak dalej. - Mogła słuchać godzinami podobnych słów, chyba zaczęła się oswajać z tym, że Ambroise faktycznie chciał właśnie ją. Z początku może nie do końca mogła w to uwierzyć, bo wydawał się być poza jej zasięgiem, a może zupełnie niepotrzebnie sobie ujmowała? Nie należała do osób zbyt pewnych siebie, nie pod tym względem. Zawsze wydawało jej się, że jest raczej średnio interesująca dla mężczyzn, traktowali ją jako kumpla, nie uważała się za szczególnie atrakcyjną, przywykła do tego, że z większością łączyła ją raczej tylko i wyłącznie przyjaźń. Nie oczekiwała niczego więcej, bo cóż, po pierwsze nigdy nikt jej nie zainteresował na tyle, aby faktycznie zaczęła się starać o jego względy, a po drugie szkoda jej było czasu na to, żeby angażować się w coś, co nie miało racji bytu przy jej trybie życia. Tutaj nie miała wątpliwości, że jest w stanie się zmienić, dla niego. To było nowe i dziwne, a zarazem ogromnie fascynujące. Pojawiło się między nimi dziwne, mistyczne porozumienie, czuła, że to coś więcej od zwyczajnej więzi. Zresztą na początku przecież obwiniali o to wizytę w dworku, kiedy jednak szukali informacji na ten temat okazało się, że chyba nic takiego nie istnieje. To musiało być podobieństwo dusz, tak, tak się jej wydawało, jedyne w swoim rodzaju.
Miała świadomość, że w ich rodzinach nic nie było takie proste. Nie martwiło ją to jednak teraz, bo Ambroise był odpowiedni pod każdym względem, jeśli chodzi o te posrane zasady, którymi powinni się kierować przy wyborze ewentualnych obiektów zainteresowań. Nie, żeby Yaxleyówna się tym kiedykolwiek przejmowała, ale wiedziała, że to na pewno sporo ułatwiało. Nie będzie musiała się tłumaczyć, szukać wymówek. Był odpowiednią partią bezdyskusyjnie. Wychowywani byli według podobnych zasad, bardzo dobrze wiedzieli, czym rządzi się ich świat. To było ważne, miała tego świadomość, gdyby zakochała się w kimś nieodpowiednim mogłaby mieć z tego powodu nieprzyjemności, mogło by to doprowadzić nawet do drastycznych środków, nie chciała też tracić profitów, jakie wynikały z urodzenia w arystokratycznym rodzie - nie oszukujmy się, tych było sporo. Nie było to jednak jej zmartwienie, bo znalazła na tym świecie kogoś podobnego do niej pod wieloma względami. Nie miała pojęcia, jak wyglądała jego relacja z rodziną, nie mówił o nich zbyt wiele, ale czuła, ze razem mogliby stworzyć sobie bezpieczne miejsce, w którym żyliby według swoich zasad. Mogliby sobie dać to, czego im brakowało. Yaxleyówna wiedziała, że w każdej rodzinie dochodziło do spięć, czy skandali, to było normalne, nie chciała powielać błędów swoich rodziców, tylko żyć według swoich warunków, chociaż teraz już nie tylko swoich. Chciała go w swoim życiu, nie było już odwrotu. Przerażało ją to nawet nieco, bo nigdy nie zakładała, że spotka ją coś takiego, ale chciała się dostosować, chciała zobaczyć, co uda im się razem stworzyć.
Nie miała problemu z tym, że musiałaby na początku pokazać się z dobrej strony, potrafiła odnaleźć się w świecie arystokratów, od wielu lat brylowała na przyjęciach, potrafiła powstrzymywać swoje standardowe zagrywki, aby nikt nie odbierał jej jako tej dzikiej. Temperowała swoje zachowania, aby myśleli, że jest jedną z nich, chociaż wiedziała, że jest czymś więcej. Nie akceptowała tej ich gadki o tym, że powinno się wykluczyć mugolaków ze społeczeństwa, miała nawet przyjaciół wśród ludzi o tym pochodzeniu, rozumiała oczywiście, że nie mogli za bardzo się rządzić w tym, co tacy jak ona tworzyli od lat. To mogłoby doprowadzić do nieodpowiednich zmian. Mogli ze sobą koegzystować, jak najbardziej, ale uważała, że wazne w tym wszystkim było wywarzenie, złoty środek by się przydał. Mogli dzielić stanowiska, ale nie wydawało jej się, że ktoś kto został nagle wrzucony do świata magii będzie doskonale sobie radził z odnalezieniem w tym świecie. To wymagało czasu, doświadczenia i zrozumienia podłoża problemu. Może faktycznie czuła się od nich trochę lepsza, wiedziała jednak, że to nie była do końca jej zasługa, po prostu urodziła się w odpowiedniej rodzinie, czasem zastanawiała się nad tym, co by było gdyby jednak nie miała tyle szczęścia? Cóż, nie powinno to być jej zamartieniem, ale jednak o tym myślała. Tak naprawdę to trochę współczuła tym ludziom. To musiało być trudne, nagle dowiedzieć się, że istnieje coś wiecej, że magia jest prawdziwa. Musieli być ogromnymi szczęśliwcami, że postanowiła wybrać właśnie ich, ale czy na pewno? Rezygnowali ze wszystkiego co znali i rzucali się w nieznane.
Sama właściwie cieszyła się, że przyjdzie im posiadać ten domek między mugolami. Nie będą na pewno przesadnie się nimi interesować, nie będą zwracać na nich uwagi, mogli pozostać tu anonimowi, to było całkiem przyjemną wizją. Nikt nie będzie się przyglądał im zachowaniu, które pośród czarodziejów mogłoby zacząć wzbudzać pytania. Dobrze jej było z tym, co aktualnie mieli, jasne, zastanawiała się, czy kiedy nie sięgną po jeszcze więcej, ale nie uważała, że powinni się spieszyć. Musieli nacieszyć się tym, co zyskali. Nie potrzebowała żadnych, oficjalnych zapewnień, których mogły wymagać rodziny, jej to było do niczego nie potrzebne. Wystarczała świadomość, że chciał być jej, chciał kupić ten domek, chciał, żeby mieli swoje własne miejsce na ziemi. To było wspaniałe.
- Możesz być kim chcesz Roise, nawet bezoarem. - Nie miała problemu z tym, żeby docenić jego praktyczność. Może faktycznie diament nie był odpowiednim porównaniem. Ambroise miał do zaoferowania zdecydowanie więcej niż to świecidełko, zdawała sobie z tego sprawę. Nie chciała jednak, żeby poczuł, że jej rodzina zacznie niepotrzebnie nadużywać jego dobrego serca.
- Jeżanki już dawno przestały mnie interesować, ale może faktycznie powinnam do tego wrócić, skoro tak ci zaczęło na tym zależeć. - Skoro ciągle jej o tym przypominał, to najwyraźniej nie zamierzał sobie odpuścić obserwowania tych wspaniałych stworzeń. Tak, chciała, żeby teraz to była jego odpowiedzialność, całkiem zwinnie odwróciła kota ogonem.
Mogła powiedzieć wprost, oczywiście, ale czy chciała, żeby widział jej desperację? Z drugiej strony może dobrze, gdyby sobie zdawał sprawę, jak bardzo pragnęła tej bliskości. Nadal trochę ze sobą walczyła, ale czy to nie był odpowiedni moment, aby mu się w pełni oddać? Za dużo myślała o tym wszystkim, a mogłaby się dac po prostu ponieść. To na pewno przyjdzie z czasem, kiedy w pełni przyzwyczai się do tej sytuacji, póki co trochę nadal błądziła po omacku.
- Tak, od tego warto zacząć, też masz wrażenie, że się na nas patrzą? - Nie do końca jej się to podobało, niby była taka nieustraszona, a niepokój wzbudzały w niej te dziwne figurki. Na samą myśl o nich przechodził ją dreszcz, zdecydowanie musieli się ich pozbyć. Na szczęście byli co do tego zgodni. Wierzyła, że uda im się tutaj uwić całkiem ładne gniazdko. Nie, żeby kiedyś dosyć mocno przywiązywała do tego, jak wygląda jej dom, ale w sumie teraz to nawet chciała, żeby to miejsce było jak najbardziej ich. Może mogłaby nawet namówić Ambroise'a aby przytachał tu kilka swoich kwiatków, czy innych roślin, niestety nie miała pojęcia, jak często powinni ich doglądać, bo to była ta część wiedzy przyrodniczej, której unikała. Na szczęście i pod tym względem się uzupełniali. Każde z nich miało coś wspólnego z naturą.
- Podoba mi się, jak jesteś taki zdeterminowany. - Tak, dobrze było wiedzieć, że nie było dla niego rzeczy nie do pokonania, kiedy na czymś jej zależało, w zasadzie to im zależało. Doceniała to i wiele to dla niej znaczyło. Dobrze było mieć kogoś takiego u swojego boku, czuła, że razem mogą osiągnąć naprawdę wiele. Wydawało jej się, że dzięki temu mogą być silniejsi, zdecydowanie to im służyło.
- Zdecydowanie lepiej, przygotuj się na wiele podobnych obietnic. - To też mogła mu obiecać. Zdecydowanie obietnice były zdrowsze od gróźb. Te rzadko kiedy działały odpowiednio, szczególnie w takiej sytuacji. Wiedziała, że groźby mogą przynosić odwrotny efekt, nikt nie lubił być stawiany pod ścianą, to przynosiło zupełnie coś innego. Wręcz prosiło się o odwrotną reakcję, przynajmniej ona tak miała, a wiedziała, że Ambroise jest ulepiony z podobnej gliny. Wiele ich łączyło pod tym względem.
Temperatura zdecydowanie nie sprzyjała kąpieli. Czuła, że jej ciało coraz bardziej się wychładza. Nie miała pojęciao tym, że jej usta zrobiły się sine, powinna się tego spodziewać, zwłaszcza, że zauważyła dreszcze, które zaczęły pokrywać jej ciało, niewiele brakowało do tego, aby zaczęła się trząść z zimna.
- To dobry pomysł. - Tak, po raz kolejny się z nim zgadzała. Nie zamierzała zostać tutaj ani minuty dłużej. Dał jej nawet całkiem niezłą okazję do zrealizowania jej planu.
Nim znalazł się obok rozejrzała się jeszcze, aby upewnić się, że są tutaj sami - nic się pod tym względem nie zmieniło.
- Bardzo potrzebuję tego ogrzania. - Nie zamierzała w ogóle udawać, że myśli o czymś innym. Kiedy ją pocałował postanowiła skorzystać z teleportacji łączonej. Odwzajemniła pocałunek, złapała go przy tym za dłonie i pomyslała o ich domku w którym chciała się teraz znaleźć. Po chwili jednak sobie uświadomiła, że to nie był najlepszy pomysł. - Kurwa, różdżki. - Rzuciła tylko cicho, kiedy oderwała swoje usta od niego. Nie miała pojęcia, jak to było w ogóle możliwe, że mogła o tym zapomnieć, jak widać, przy nim nie myślała jasno, wcale.
- Zróbmy to jednak inaczej. - Pośpiech nie służył myśleniu, zdecydowanie.
Wyjście na plażę uświadomiło jej, że było jej zdecydowanie jeszcze chłodniej, niż jej się wydawało. Walczyła z tym, aby nie zacząć zgrzytać zębami. Wiatr powodował, że mokra skóra robiła się jeszcze bardziej wychłodzona. - To było głupie. - Rzuciła do siebie, bo w sumie to był jej pomysł z tą kąpielą. Normalnie pewnie nie odpuściłaby sobie możliwości bezczelnego wgapiania się w Greengrassa, teraz jednak skupiona była na tym, aby jak najszybciej pozbierać swoje rzeczy i się stąd zmyć.