05.10.2024, 14:16 ✶
– Skoro pan tak mówi – stwierdziła Brenna, w duchu myśląc, że czarnoksiężnik naprawdę brał mugoli za okropnych idiotów. Nie byli idiotami, a raczej… inaczej. Byli jak czarodzieje, i mądrzy, i głupi, i dobrzy, i źli. Pewnie spora część nie dałaby wiary w mistrzów renesansu, ale kupowali ozdoby, skuszeni ciekawymi wzorami i niską ceną.
I wszystko w Brennie się skręcało, kiedy myślała o tym, że jakaś matka mogłaby kupić to dla siebie i córki, że naprawdę wisiorki mogłyby stać się prezentem ślubnym… Matko Księżyca, ten człowiek wyraźnie cieszył się na myśl o zrujnowaniu czyjegoś wesela, o przekleństwie na dwójkę nowożeńców.
Gniew i obrzydzenie, jakie odczuwała, zamknęła gdzieś we wnętrzu, nie pozwalając, by zapłonęły w jej duszy ogniem. Zamiast tego był lód, spowijający ducha, sprawiający, że choć dzień był ciepły, Brennę ogarnęło zimno.
– To bardzo ciekawe, o tych hipogryfach. A te prezenty będą doskonałe – zapewniła Thomas, opuszczając głowę, przypatrując się biżuterii. Nie widziała kolejnych min czarnoksiężnika, ale nie potrzebowała ich widzieć: a nie chciała, aby on dostrzegł coś w jej oczach. – Ach, szkoda nie skorzystać z takiej okazji, prawda? Niech pan jakąś dla mnie wybierze, wszystkie są równie ładne – poprosiła, a potem wyciągnęła z kieszeni pieniądze, by mu zapłacić. Przyjęła zapakowane przedmioty i wręczyła je Figgowi, zakładając, że lepiej będzie wiedział, w jaki sposób je zabezpieczyć w torbie.
A potem…
Ujęła go pod ramię.
Wydawało się, że będzie chciała odejść, ale nie – ruszyła tylko nieco dalej, do jednego z innych stoisk, gdzie sprzedawca obsługiwał akurat trzy osoby, więc nie zwracał większej uwagi na to, że zatrzymała się, niby po to, by obejrzeć wystawione kasety VHS. Wciąż trzymała Thomasa pod ramię, tak by byli dość blisko, aby móc porozmawiać, ale inni za bardzo nie słyszeli szeptów.
Stąd wciąż mogli dostrzec stoisko czarnoksiężnika, choć czasem rozdzielali ich ludzie.
– Jedna z trzech opcji – powiedziała, bardzo cicho, i bardzo rzeczono. Nie ustalili, co zrobią, ale to nie tak, że Brenna nie miała żadnych pomysłów, a cóż, teraz przynajmniej znali mniej więcej sytuację. – Czekamy aż się spakuje, idziemy za nim. Ryzykowne, jeśli ma więcej przeklętych rzeczy, ktoś może je kupić. Zasłaniasz mnie i dyskretnie rozwalam nogę stoiska, jak wywalą się mu rzeczy, może się stąd zbierze. Opcja trzecia, chowamy się w pobliżu, zmieniam nam twarze, transmutuję ciuchy i przechodzisz w pobliżu, wpadasz na kogoś, rzucasz coś o nieostrożnych mugolach, może to go spłoszy, jak zorientuje się, że w pobliżu chodzi czarodziej… a ja czekam, żeby ruszyć za nim. Masz inne pomysły?
I wszystko w Brennie się skręcało, kiedy myślała o tym, że jakaś matka mogłaby kupić to dla siebie i córki, że naprawdę wisiorki mogłyby stać się prezentem ślubnym… Matko Księżyca, ten człowiek wyraźnie cieszył się na myśl o zrujnowaniu czyjegoś wesela, o przekleństwie na dwójkę nowożeńców.
Gniew i obrzydzenie, jakie odczuwała, zamknęła gdzieś we wnętrzu, nie pozwalając, by zapłonęły w jej duszy ogniem. Zamiast tego był lód, spowijający ducha, sprawiający, że choć dzień był ciepły, Brennę ogarnęło zimno.
– To bardzo ciekawe, o tych hipogryfach. A te prezenty będą doskonałe – zapewniła Thomas, opuszczając głowę, przypatrując się biżuterii. Nie widziała kolejnych min czarnoksiężnika, ale nie potrzebowała ich widzieć: a nie chciała, aby on dostrzegł coś w jej oczach. – Ach, szkoda nie skorzystać z takiej okazji, prawda? Niech pan jakąś dla mnie wybierze, wszystkie są równie ładne – poprosiła, a potem wyciągnęła z kieszeni pieniądze, by mu zapłacić. Przyjęła zapakowane przedmioty i wręczyła je Figgowi, zakładając, że lepiej będzie wiedział, w jaki sposób je zabezpieczyć w torbie.
A potem…
Ujęła go pod ramię.
Wydawało się, że będzie chciała odejść, ale nie – ruszyła tylko nieco dalej, do jednego z innych stoisk, gdzie sprzedawca obsługiwał akurat trzy osoby, więc nie zwracał większej uwagi na to, że zatrzymała się, niby po to, by obejrzeć wystawione kasety VHS. Wciąż trzymała Thomasa pod ramię, tak by byli dość blisko, aby móc porozmawiać, ale inni za bardzo nie słyszeli szeptów.
Stąd wciąż mogli dostrzec stoisko czarnoksiężnika, choć czasem rozdzielali ich ludzie.
– Jedna z trzech opcji – powiedziała, bardzo cicho, i bardzo rzeczono. Nie ustalili, co zrobią, ale to nie tak, że Brenna nie miała żadnych pomysłów, a cóż, teraz przynajmniej znali mniej więcej sytuację. – Czekamy aż się spakuje, idziemy za nim. Ryzykowne, jeśli ma więcej przeklętych rzeczy, ktoś może je kupić. Zasłaniasz mnie i dyskretnie rozwalam nogę stoiska, jak wywalą się mu rzeczy, może się stąd zbierze. Opcja trzecia, chowamy się w pobliżu, zmieniam nam twarze, transmutuję ciuchy i przechodzisz w pobliżu, wpadasz na kogoś, rzucasz coś o nieostrożnych mugolach, może to go spłoszy, jak zorientuje się, że w pobliżu chodzi czarodziej… a ja czekam, żeby ruszyć za nim. Masz inne pomysły?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.