18.01.2023, 13:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.01.2023, 13:51 przez Brenna Longbottom.)
Był to jeden z tych rzadkich przypadków, gdy dwie osoby postąpiłyby tak samo, choć kierowane zupełnie innymi pobudkami. Brenna wypuściła kota, bo uznała, że ten podrapie dziewczynkę i znów ucieknie. Nie była też pewna, czy kocur nie należy do któregoś z mieszkańców pobliskiej kamienicy, a dziecko nieświadomie nie próbuje dokonać właśnie kociego porwania. Daisy zaś zapewne kierowałaby czysta mściwość wobec tego, w co ją wrobiono.
Chociaż Brenna pewnie by to zrozumiała. Pannie Lokhart w końcu mogła stać się krzywda. A kot, jak się okazało, naprawdę nie potrzebował pomocy. Nie schodził, bo nie chciał zostać złapany…
- Proszę, krwawi ci też policzek – powiedziała Brygadzistka, gdy Daisy już stała bezpiecznie, wyciągając z przepastnej kieszeni marynarki chusteczkę. Nosiła po kieszeniach płaszcza i marynarki różne rzeczy, które uznawała za przydatne w pracy. Włącznie z kilkoma świeczkami, co wprawiało w konsternację każdego, kto nie wiedział, że Brenna jest widmowidzem. – Obok jest apteka Lupinów, mają świetną maść na skaleczenia – dodała jeszcze. Episkey nie było niby skomplikowanym zaklęciem, ale wolała nie bawić się w leczenie przypadkowych osób, gdy nie była całkiem pewna powodzenia. Lepiej było, aby dziewczyna po prostu kupiła sobie maść.
Sama Brenna też chyba musiała o niej pomyśleć. Obejrzała swoje dłonie i nadgarstki, na których zostały krwawe pręgi, z pewną fascynacją. Nie spodziewała się, że tak małe stworzenie może narobić tylu szkód. Ewentualnie zdziwienie wynikało z tego, że z kotów znała głównie te Figgów. Te może podrapały ją razy czy dwa, w zabawie albo by okazać swoje niezadowolenie, ale nigdy nie próbowały jej poszatkować żywcem. Nie wydawała się jednak specjalnie przejęta obrażeniami. Kończyła pokaleczona czy posiniaczona dość często, i nawet na ogół nie przy okazji pracy, więc nie była to nowość, a maść na skaleczenia i siniaki Lupinów doskonale znała i często stosowała.
- Właśnie doszłam do wniosku, że koty mogą być narzędziem masowej zagłady – oświadczyła z pewnym podziwem, po czym spojrzała na Daisy, posyłając jej radosny uśmiech. W tej chwili cała ta sytuacja wydawała się Longbottom całkiem zabawna i nie mogła już doczekać się, kiedy wieczorem opowie o wszystkim Mavelle. – Jeśli cię to pocieszy, też bym na to nie wpadła. Pewnie od razu wlazłabym na tę drabinę.
Zasadniczo, nie wpadła i od razu rzuciła się na górę, chociaż akurat tu kierowało nią bardziej to, że Daisy miała zaraz spaść niż obawa o kotka. Ale nawet gdyby panna Lockhart tam nie wisiała, Brenna i tak rzuciłaby się ganiać zwierzaka.
Kiedy Daisy wspomniała o artykule, Brenna spojrzała na nią znowu, dopiero teraz uświadamiając sobie, że jednak chyba nie miała do czynienia z nastolatką z okolicy. Dobrze, że przypadkiem nie powiedziała wcześniej czegoś takiego, bo jeszcze by panienkę uraziła. (A nie lubiła urażać ludzi. I wciąż nie miała pojęcia, że jest panną Psują. Dalej też nie rozpoznała w Daisy reporterki z balu, bo ot było tam tylu ludzi, że skupiała się głównie na znajomych i najważniejszych gościach. A. I na bobrach.)
- Och, już widzę ten nagłówek w Proroku Codziennym. „Tańczący z kotami. Brygadziści sprawnie skaczą po koszach na śmieci, by bohatersko ocalić kota i jego niedoszłą ofiarę” – stwierdziła z rozbawieniem. Co za szczęście, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby zrobić zdjęcie, bo jeszcze Daisy naprawdę uznałaby za dobry pomysł pisanie takich artykułów. – Ale myślę, że akcja Brygady by uratować kota nikogo zbytnio nie zainteresuje, a ja nie nadaję się na okładki gazet.
Zdecydowanie częściej pojawiał się na nich Erik. Był bardziej medialnym tematem. A Brennie bardzo to pasowało. Nie bez powodu to jego wypychała zwykle do przodu. I to jego imieniem firmowała rodzinne inicjatywy.
Ot Longbottom był bardziej… reprezentacyjny niż ona. A i już wieku temu do upartej głowy Brenny wpadło, że jej brat wilkołak potrzebuje dużo pozytywnego PR, aby ludzie nie zwracali aż takiej uwagi na jego mały, futerkowy problem. Gdyby to on uratował kotka albo Daisy, uznałaby może artykuł za doskonały pomysł.
Opuściły zaułek. Brenna zamierzała skierować się do apteki Lupinów, zaopatrzyć się w maść. Zdawało się jej, że okrzyk „Pomóż panu Mruczkensowi!!!” znów dobiega z jednej z alejek, ale to była tylko wyobraźnia. Prawda? Na pewno.
Zupełnie nieświadoma, że kolejne osoby mogą paść ofiarą małej dziewczynki i jej kotka, którego ta koniecznie postanowiła adoptować, Brenna odeszła zalaną słońcem ulicą. Zakupić odpowiedni specyfik, nałożyć go na skaleczenia, a potem wrócić do Doliny Godryka i tysiąca innych spraw, czekających na załatwienie…
Chociaż Brenna pewnie by to zrozumiała. Pannie Lokhart w końcu mogła stać się krzywda. A kot, jak się okazało, naprawdę nie potrzebował pomocy. Nie schodził, bo nie chciał zostać złapany…
- Proszę, krwawi ci też policzek – powiedziała Brygadzistka, gdy Daisy już stała bezpiecznie, wyciągając z przepastnej kieszeni marynarki chusteczkę. Nosiła po kieszeniach płaszcza i marynarki różne rzeczy, które uznawała za przydatne w pracy. Włącznie z kilkoma świeczkami, co wprawiało w konsternację każdego, kto nie wiedział, że Brenna jest widmowidzem. – Obok jest apteka Lupinów, mają świetną maść na skaleczenia – dodała jeszcze. Episkey nie było niby skomplikowanym zaklęciem, ale wolała nie bawić się w leczenie przypadkowych osób, gdy nie była całkiem pewna powodzenia. Lepiej było, aby dziewczyna po prostu kupiła sobie maść.
Sama Brenna też chyba musiała o niej pomyśleć. Obejrzała swoje dłonie i nadgarstki, na których zostały krwawe pręgi, z pewną fascynacją. Nie spodziewała się, że tak małe stworzenie może narobić tylu szkód. Ewentualnie zdziwienie wynikało z tego, że z kotów znała głównie te Figgów. Te może podrapały ją razy czy dwa, w zabawie albo by okazać swoje niezadowolenie, ale nigdy nie próbowały jej poszatkować żywcem. Nie wydawała się jednak specjalnie przejęta obrażeniami. Kończyła pokaleczona czy posiniaczona dość często, i nawet na ogół nie przy okazji pracy, więc nie była to nowość, a maść na skaleczenia i siniaki Lupinów doskonale znała i często stosowała.
- Właśnie doszłam do wniosku, że koty mogą być narzędziem masowej zagłady – oświadczyła z pewnym podziwem, po czym spojrzała na Daisy, posyłając jej radosny uśmiech. W tej chwili cała ta sytuacja wydawała się Longbottom całkiem zabawna i nie mogła już doczekać się, kiedy wieczorem opowie o wszystkim Mavelle. – Jeśli cię to pocieszy, też bym na to nie wpadła. Pewnie od razu wlazłabym na tę drabinę.
Zasadniczo, nie wpadła i od razu rzuciła się na górę, chociaż akurat tu kierowało nią bardziej to, że Daisy miała zaraz spaść niż obawa o kotka. Ale nawet gdyby panna Lockhart tam nie wisiała, Brenna i tak rzuciłaby się ganiać zwierzaka.
Kiedy Daisy wspomniała o artykule, Brenna spojrzała na nią znowu, dopiero teraz uświadamiając sobie, że jednak chyba nie miała do czynienia z nastolatką z okolicy. Dobrze, że przypadkiem nie powiedziała wcześniej czegoś takiego, bo jeszcze by panienkę uraziła. (A nie lubiła urażać ludzi. I wciąż nie miała pojęcia, że jest panną Psują. Dalej też nie rozpoznała w Daisy reporterki z balu, bo ot było tam tylu ludzi, że skupiała się głównie na znajomych i najważniejszych gościach. A. I na bobrach.)
- Och, już widzę ten nagłówek w Proroku Codziennym. „Tańczący z kotami. Brygadziści sprawnie skaczą po koszach na śmieci, by bohatersko ocalić kota i jego niedoszłą ofiarę” – stwierdziła z rozbawieniem. Co za szczęście, że w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby zrobić zdjęcie, bo jeszcze Daisy naprawdę uznałaby za dobry pomysł pisanie takich artykułów. – Ale myślę, że akcja Brygady by uratować kota nikogo zbytnio nie zainteresuje, a ja nie nadaję się na okładki gazet.
Zdecydowanie częściej pojawiał się na nich Erik. Był bardziej medialnym tematem. A Brennie bardzo to pasowało. Nie bez powodu to jego wypychała zwykle do przodu. I to jego imieniem firmowała rodzinne inicjatywy.
Ot Longbottom był bardziej… reprezentacyjny niż ona. A i już wieku temu do upartej głowy Brenny wpadło, że jej brat wilkołak potrzebuje dużo pozytywnego PR, aby ludzie nie zwracali aż takiej uwagi na jego mały, futerkowy problem. Gdyby to on uratował kotka albo Daisy, uznałaby może artykuł za doskonały pomysł.
Opuściły zaułek. Brenna zamierzała skierować się do apteki Lupinów, zaopatrzyć się w maść. Zdawało się jej, że okrzyk „Pomóż panu Mruczkensowi!!!” znów dobiega z jednej z alejek, ale to była tylko wyobraźnia. Prawda? Na pewno.
Zupełnie nieświadoma, że kolejne osoby mogą paść ofiarą małej dziewczynki i jej kotka, którego ta koniecznie postanowiła adoptować, Brenna odeszła zalaną słońcem ulicą. Zakupić odpowiedni specyfik, nałożyć go na skaleczenia, a potem wrócić do Doliny Godryka i tysiąca innych spraw, czekających na załatwienie…
Koniec sesji
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.