06.10.2024, 10:53 ✶
Przymknęła ślepia. Wszystko w porządku? Nie, nic nie było w porządku. Nie chciała by się wyprowadzał. Nie On.
Czuła, że to strasznie niesprawiedliwa decyzja. Wiedziała jak bardzo konserwatywna była ich rodzina. Wiedziała, że ojciec nie może nic zrobić bo wszyscy w tym momencie byli na łasce wuja, ale mimo to nie potrafiła się z tym pogodzić.
To jest decyzja Roberta, nie zmieni jej nawet jeżeli bym próbował go przekonywać.
Westchnęła cicho na wspomnienie rozmowy z ojcem.
Odruchowo zacisnęła palce na koszuli brata, wsłuchując się w stukot jego serca. Próbowała uspokoić myśli.
Gdy rozmawiała z ojcem, była w szoku. Ale teraz, po czasie, gdy nabyte informacje zaczęły osiedlać się w jej głowie, czuła złość. Złość i niesprawiedliwość. Czym były świeczki w obliczu tego co zrobiły starsze pokolenia? To nie przez Charliego na nazwisko Mulciber patrzono krzywo.
Drgnęła, słysząc swoje imię
-Tak, chodźmy... - odparła, ale leżała jeszcze chwilę na bracie, chłonąc jego ciepło. Takie miłe i przyjemne. W końcu zmusiła się do wstania. Jasne, lodowe tęczówki zatrzymały się na jego twarzy.
Czuła złość. Złość, która zalewała każdy centymetr jej duszy. Złość, która chciała znaleźć ujście.
Pochwyciła jego dłonie. Uczucie bezradności budziło w niej pokłady agresji, którą teraz musiała skrzętnie ukryć.
-Czas na nas - rzuciła cicho, a chwilę później teleportowała ich z dala od domu, który tak bardzo zawiódł jej oczekiwania pogodnej przyszłości.
Sufit pokoju zastąpiło czarne niebo. Wiatr rozwiał ich włosy, a jego świst wygrywał dynamiczną melodie, gdy odbijał się od kamiennych ścian. Stali na granicy i jedynie centymetry dzieliły ich od upadku w otchłań wody, która teraz zdawała się pochłonąć cały mrok i wszystkie gwiazdy, uderzając agresywnie o zbocze.
Klif. Nie mógł być zdziwiony. Jego siostra uwielbiała tego typu miejsca. Miejsca dzikie, w których jedynie centymetry dzieliły od śmierci. Swego czasu to na norweskich klifach najprędzej by ją znalazł, szczególnie gdy coś zdawało ją się niepokoić czy frustrować.
Będzie lepiej, wiedziała, że będzie lepiej. Przecież nie odchodzi nigdzie daleko, prawda? Chociaż w tym momencie wydawało się to jedynie marną próbą pocieszenia, to jednak wiedziała, że z czasem przywyknie.
Wiedziała, że kiedyś się wyprowadzi i nie podobało jej się to - ot, swoisty egoizm - jednak myślała, że będzie to wyglądać inaczej. Że będzie mogła go zwyzywać za to, że ją zostawia, ale życzyć mu szczęścia, a tak...
-Jakie to wkurwiające - rzuciła w końcu z niesmakiem, siadając na granicy. Jej nogi zawisły nad przepaścią.
-Nie tak miało wyglądać nasze życie w londynie - pociągnęła, wykrzywiając usta - To cholernie niesprawiedliwe. Przecież to tylko głupie świeczki -zacisnęła palce na szyjce butelki - Stary Sophii oszalał - prychnęła pełna złości.
-I z kim teraz będę spać - dodała marudnie, bardziej żartobliwie, aby ugasić swoją chęć mordu i nieco rozładować napięcie czymś bardziej komicznym. Prawda była jednak taka, że rzeczywiście niejako ją to martwiło. Było to bardzo samolubne, ale lubiła z nim spać, od dziecka. Jego ciepło, zapach jego perfum, kojarzyła jako coś bardzo komfortowego. Coś co pozwalało jej się wyciszyć. W dzieciństwie dał jej namiastkę ciepła i bezpieczeństwa, teraz nie bała się niczego, ale te wspomnienie stało się swego rodzaju komfortem. Czymś co miło kojarzyła. Czymś przy czym lepiej zasypiała. Nie chciała spać z nikim innym, bo to byłby marny substytut.
Ale ta chwila w końcu nastąpić musiała, chociaż nie była tym zachwycona, spanie z braciszkiem miało dobiec końca, co raniło jej samolubne serduszko.
-Tylko nie wyskakuj mi tu z substytutami - zerknęła na niego - nikt Ciebie nie zastąpi - mruknęła z wyrzutem.
Będzie musiała spać sama, wiedziała o tym. Może Sophii nie będzie miała nic przeciwko, chociaż... to nie będzie to samo.
-ej! - obróciła się gwałtownie w jego kierunku, wspinając się na jego kolana, tym samym siadając na nim okrakiem. Wbiła nos w jego szyje, zaciągając się jego zapachem mieszanki piżma, cedru i drzewa sandałowego, który miło otulał serce i dusze. Wyprostowała się, chwytając go za policzki
-Ej zrób mi świeczkę co pachnie jak ty, dobra? - oderwała łapki od jego policzków, wpatrując się w niego
- tylko, weź im inny kształt wybierz - dodała rozbawiona - bo tak nieprzyzwoicie takie świeczki siostrze - stwierdziła z głupim uśmiechem.
Czuła, że to strasznie niesprawiedliwa decyzja. Wiedziała jak bardzo konserwatywna była ich rodzina. Wiedziała, że ojciec nie może nic zrobić bo wszyscy w tym momencie byli na łasce wuja, ale mimo to nie potrafiła się z tym pogodzić.
To jest decyzja Roberta, nie zmieni jej nawet jeżeli bym próbował go przekonywać.
Westchnęła cicho na wspomnienie rozmowy z ojcem.
Odruchowo zacisnęła palce na koszuli brata, wsłuchując się w stukot jego serca. Próbowała uspokoić myśli.
Gdy rozmawiała z ojcem, była w szoku. Ale teraz, po czasie, gdy nabyte informacje zaczęły osiedlać się w jej głowie, czuła złość. Złość i niesprawiedliwość. Czym były świeczki w obliczu tego co zrobiły starsze pokolenia? To nie przez Charliego na nazwisko Mulciber patrzono krzywo.
Drgnęła, słysząc swoje imię
-Tak, chodźmy... - odparła, ale leżała jeszcze chwilę na bracie, chłonąc jego ciepło. Takie miłe i przyjemne. W końcu zmusiła się do wstania. Jasne, lodowe tęczówki zatrzymały się na jego twarzy.
Czuła złość. Złość, która zalewała każdy centymetr jej duszy. Złość, która chciała znaleźć ujście.
Pochwyciła jego dłonie. Uczucie bezradności budziło w niej pokłady agresji, którą teraz musiała skrzętnie ukryć.
-Czas na nas - rzuciła cicho, a chwilę później teleportowała ich z dala od domu, który tak bardzo zawiódł jej oczekiwania pogodnej przyszłości.
Sufit pokoju zastąpiło czarne niebo. Wiatr rozwiał ich włosy, a jego świst wygrywał dynamiczną melodie, gdy odbijał się od kamiennych ścian. Stali na granicy i jedynie centymetry dzieliły ich od upadku w otchłań wody, która teraz zdawała się pochłonąć cały mrok i wszystkie gwiazdy, uderzając agresywnie o zbocze.
Klif. Nie mógł być zdziwiony. Jego siostra uwielbiała tego typu miejsca. Miejsca dzikie, w których jedynie centymetry dzieliły od śmierci. Swego czasu to na norweskich klifach najprędzej by ją znalazł, szczególnie gdy coś zdawało ją się niepokoić czy frustrować.
Będzie lepiej, wiedziała, że będzie lepiej. Przecież nie odchodzi nigdzie daleko, prawda? Chociaż w tym momencie wydawało się to jedynie marną próbą pocieszenia, to jednak wiedziała, że z czasem przywyknie.
Wiedziała, że kiedyś się wyprowadzi i nie podobało jej się to - ot, swoisty egoizm - jednak myślała, że będzie to wyglądać inaczej. Że będzie mogła go zwyzywać za to, że ją zostawia, ale życzyć mu szczęścia, a tak...
-Jakie to wkurwiające - rzuciła w końcu z niesmakiem, siadając na granicy. Jej nogi zawisły nad przepaścią.
-Nie tak miało wyglądać nasze życie w londynie - pociągnęła, wykrzywiając usta - To cholernie niesprawiedliwe. Przecież to tylko głupie świeczki -zacisnęła palce na szyjce butelki - Stary Sophii oszalał - prychnęła pełna złości.
-I z kim teraz będę spać - dodała marudnie, bardziej żartobliwie, aby ugasić swoją chęć mordu i nieco rozładować napięcie czymś bardziej komicznym. Prawda była jednak taka, że rzeczywiście niejako ją to martwiło. Było to bardzo samolubne, ale lubiła z nim spać, od dziecka. Jego ciepło, zapach jego perfum, kojarzyła jako coś bardzo komfortowego. Coś co pozwalało jej się wyciszyć. W dzieciństwie dał jej namiastkę ciepła i bezpieczeństwa, teraz nie bała się niczego, ale te wspomnienie stało się swego rodzaju komfortem. Czymś co miło kojarzyła. Czymś przy czym lepiej zasypiała. Nie chciała spać z nikim innym, bo to byłby marny substytut.
Ale ta chwila w końcu nastąpić musiała, chociaż nie była tym zachwycona, spanie z braciszkiem miało dobiec końca, co raniło jej samolubne serduszko.
-Tylko nie wyskakuj mi tu z substytutami - zerknęła na niego - nikt Ciebie nie zastąpi - mruknęła z wyrzutem.
Będzie musiała spać sama, wiedziała o tym. Może Sophii nie będzie miała nic przeciwko, chociaż... to nie będzie to samo.
-ej! - obróciła się gwałtownie w jego kierunku, wspinając się na jego kolana, tym samym siadając na nim okrakiem. Wbiła nos w jego szyje, zaciągając się jego zapachem mieszanki piżma, cedru i drzewa sandałowego, który miło otulał serce i dusze. Wyprostowała się, chwytając go za policzki
-Ej zrób mi świeczkę co pachnie jak ty, dobra? - oderwała łapki od jego policzków, wpatrując się w niego
- tylko, weź im inny kształt wybierz - dodała rozbawiona - bo tak nieprzyzwoicie takie świeczki siostrze - stwierdziła z głupim uśmiechem.